fräulein y.

i'm in slytherin!

youtube
filmweb || dev
fanlisting || anidb
quizilla
$1,740,330

feeling like a freak on a leash

klepsydra

2005
01 02 03 04 05 06
07 08 09 10 11 12
2006
01 02 03 04 05 06
07 08 09 10 11 12
2007
01 02 03 04 05 06
07 08 09 10 11 12
2008
01 02 03 04 05 06
07 08 09 10 11 12
2009
01 02 03 04 05 06

sie sind

barbie sluter
czerski
deatheater
doris
ewam
fiol
innuendo
karla
kominek
labruja
lejdi
montewski
nibinlondien
phantom of the monique
pstraghi
riddle
segritta
serveta
tokio
wrrona
yorokonde

precious things

aby sprzedać
amea
anime eden
behindthename
bundz
climatechange
culture
daily
decobazar
ewolucja
fullmetal alchemist
gendou
hel looks
kina studyjne
orlan
patria
plfoto
pricasso
racjonalista
snegurochka

wirtualne wioski

dziurawy kocioł
fma
oomph!
tori amos

automat z batonami


Spam poison
homikus.pl

layout

panna Pasażerka
laj-alt
foto

Link :: 25.06.2009 :: 22:58 Komentuj (0)
No one laughs at God in a hospital
No one laughs at God in a war
No one’s laughing at God
When they’re starving or freezing or so very poor

No one laughs at God
When the doctor calls after some routine tests
No one’s laughing at God
When it’s gotten real late
And their kid’s not back from the party yet

No one laughs at God
When their airplane start to uncontrollably shake
No one’s laughing at God
When they see the one they love, hand in hand with someone else
And they hope that they’re mistaken

No one laughs at God
When the cops knock on their door
And they say we got some bad news, sir
No one’s laughing at God
When there’s a famine or fire or flood

But God can be funny
At a cocktail party when listening to a good God-themed joke, or
Or when the crazies say: He hates us
And they get so red in the head you think they’re ‘bout to choke
God can be funny
When told he’ll give you money if you just pray the right way
And when presented like a genie who does magic like Houdini
Or grants wishes like Jiminy Cricket and Santa Claus
God can be so hilarious
Ha ha
Ha ha

No one laughs at God in a hospital
No one laughs at God in a war
No one’s laughing at God
When they’ve lost all they’ve got
And they don’t know what for

No one laughs at God on the day they realize
That the last sight they’ll ever see is a pair of hateful eyes
No one’s laughing at God when they’re saying their goodbyes

But God can be funny
At a cocktail party when listening to a good God-themed joke, or
Or when the crazies say: He hates us
And they get so red in the head you think they’re ‘bout to choke
God can be funny
When told he’ll give you money if you just pray the right way
And when presented like a genie who does magic like Houdini
Or grants wishes like Jiminy Cricket and Santa Claus
God can be so hilarious

No one laughs at God in a hospital
No one laughs at God in a war
No one laughs at God in a hospital
No one laughs at God in a war
No one’s laughing at God in hospital
No one’s laughing at God in a war
No one’s laughing at God when they’re starving or freezing or so very
poor

No one’s laughing at God
No one’s laughing at God
No one’s laughing at God
We’re all laughing with God

(„Laughing With” Regina Spektor)


Link :: 25.06.2009 :: 00:57 Komentuj (6)
Pewien pan prowadzi bloga o tym, jak doprawia żonie rogi. Cała jego pisanina obraca się wokół zdrady – nie jednorazowego wyskoku, ale całego procesu tworzenia romansu, począwszy od podjęcia decyzji (sic!), przez poszukiwania odpowiedniej kochanki, aż do dnia dzisiejszego, kiedy zdradza, bo lubi, ale ponieważ zarabia, daje na dzieci i dobrze traktuje żonę, to uważa, że wszystko jest w najlepszym porządku. Moim zdaniem nie jest. Zdaniem Rysi z kolei, bloger ściemnia i prowadzi dziennik fantazji podtatusiałego erotomana.
Wyobraźcie sobie, że pewnego dnia facet obudził się rano i uzmysłowił sobie, że skoro ma czterdzieści kilka lat i tę samą żonę od dekady, to chyba już dojrzał do posiadania młodszej kochanki z jędrnym, atrakcyjnym ciałem, której będzie imponować jego dojrzałość i doświadczenie życiowe. Mam dwa słowa na opisanie delikwenta z takimi poglądami: kawał gnoja.
Kiedy czytałam jego wpisy, napisane wcale błyskotliwie o tym, jak należy prowadzić romans, żeby żona się o nim nigdy nie dowiedziała, z każdą linijką czułam coraz większy niesmak. Nie przemawia do mnie usprawiedliwianie się tym, że małżonka rozmawia już tylko o prozaicznych rzeczach, coraz mniej stara się w łóżku i w ogóle już nie próbuje go uwodzić. Tym bardziej, że w wyidealizowanym obrazie samego siebie, nie ma nawet słowa o tym, jak piszący wpadł w małżeńską rutynę, którą błyskotliwie postanowił przerwać dowartościowaniem się w oczach innej kobiety. Deklaruje przy tym, że kocha swoją żonę i nie odejdzie od niej, co nie przeszkadza mu posuwać na boku nowszy model.
Zastanawiają mnie dwie rzeczy. Po pierwsze, czy kochanka naprawdę wierzy, że facet zostawi dla niej żonę, chociaż na blogu ten żałosny obraz kryzysu wieku średniego powtarza, że taka opcja nie wchodzi w ogóle w grę (chociaż ostatnio zadeklarował, że chciałby mieć z kochanką dzieci). Po drugie, co zrobi żona, kiedy się dowie (jeżeli się dowie), jaki sposób na urozmaicenie pożycia małżeńskiego wymyślił jej mąż. Osobiście mam nadzieję, że przynajmniej porysuje draniowi gwoździem samochód.
Kiedy zaczęłam nad tym myśleć, ze zdumieniem doszłam do wniosku, że pewne zdrady byłabym w stanie usprawiedliwić. Byłyby to przypadki, kiedy za mężowski skok w bok rzeczywiście winę ponosiłaby kobieta. Albo, oczywiście, odwrotnie. Utknięcie w toksycznym związku z osobą, której nic nie interesuje i która żyje od odcinka „M jak Miłość” do „Na dobre i na złe” z całą pewnością jest frustrujące. Jakiś jednorazowy wyskok bez zobowiązań, kiedy żona w niczym już nie przypomina kobiety z którą się ożeniono, na pewno byłby bolesny dla strony zdradzonej, ale czasami taki kubeł zimnej wody mógłby mieć zbawienne skutki. W moim przypadku w każdym razie by miał, gdybym kiedyś ocknęła się jako czterdziestoletnia parodia żony, która śpi w osobnym łóżku, marudzi, zadowala się pracą poniżej swoich ambicji, a w kuchni w najlepszym razie potrafi odgrzać mrożonkę. Ale tutaj mówimy już o zasadniczej różnicy pomiędzy romansem, a jednorazową pomyłką. Ludzie się zmieniają i rzeczywiście po pewnym czasie przestają się starać. Mam nadzieję, że ze mną będzie inaczej.
Ale gdybym została zdradzona, bo kawał drania zwyczajnie uznał, że dorósł do romansu – chyba bym się zemściła. Na zimno. Pozbierała dowody, zniszczyła gnoja w sądzie, przy dzieciach wystarczająco dojrzałych, żeby im nie skrzywić psychiki, zdruzgotałabym ich relacje z ojcem i upewniła się, żeby taki blogasek o zdradzaniu dotarł do wszystkich znajomych.
Ponadto spróbowałam sobie wyobrazić, jakbym zareagowała odkrywszy, że mój mąż prowadzi internetowy pamiętnik o swoim romansie, pisząc ku radości gawiedzi, czego jego żona nie lubi w łóżku i dlaczego jest nudniejsza od młodszej, przebojowej kochanki, która nie rodziła dzieci poświęcając się karierze zawodowej. Chyba coś by mnie trafiło. Oczywiście kilka godzin po tym, jak skończyłabym płakać.
W zasadzie w imię kobiecej solidarności mam nadzieję, że Rysia ma rację i rezydent bloxa ma po prostu bardzo bujną fantazję i podnieca go pisanie o tym, że gdyby tylko mógł, to kochałby się z inną kobietą w małżeńskim łożu, co, jak utrzymuje, w ostatnim czasie zrobił. Jeżeli to prawda, to facetowi udało się osiągnąć nowy, wyższy poziom niewybaczalności nawet według moich liberalnych standardów.
Dla mnie zresztą sam fakt upokarzania własnej żony publicznie w taki sposób jest obrzydliwy, ale to może dlatego, że sama od długiego czasu unikam wywlekania prywatnych spraw w Internecie i pisanie o pewnych rzeczach uważam za co najmniej nieetyczne. A autor tamtego bloga jest w moich oczach skończonym skurwielem.

Link :: 24.06.2009 :: 00:42 Komentuj (0)
Same cudowne weekendy i inne wydarzenia w ostatnich tygodniach.
Jakiś czas temu spotkałam się w Krakowie z forumowymi Rozalką i Mirką (Mirka tak naprawdę nazywa się zupełnie inaczej, ale tak długo posługiwałam się wyłącznie jej nickiem, że to zdrobnienie zwyczajnie weszło mi w nawyk). Oczywiście rozmawiałyśmy o fenomenie „Zmierzchu”, mając pomiędzy nami jedną fankę i dwie czytelniczki z nastawieniem ciut bardziej krytycznym z wyjątkiem poczynionym dla postaci Jacoba Blacka. To zresztą jakaś ogólna tendencja, że miłośniczki serii uwielbiają Edwarda, a reszta świata woli Indianina-wilkołaka, jakkolwiek kretyńską ma charakterystykę.
Tydzień później miałam do czynienia z rurami z żeliwa sferoidalnego, a przy innej okazji widziałam na własne oczy, jak wygląda park maszynowy i centrum obróbcze sterowane numerycznie, służące do obróbki blach płaskich ze stali konstrukcyjnych, stopowych oraz aluminium. Wygląda równie interesująco, jak sugeruje to nazwa i przeznaczenie.
Generalnie robię dużo bardzo fajnych i bardzo nowych rzeczy: realizuję się jako logistyk konferencji, dostałam legitymację honorowego dawcy krwi, robię prawo jazdy, ukończyłam też kurs języka migowego i teraz mogę powiedzieć rękoma „spierdalaj w podskokach”, o ileż bardziej rozbudowane, niż banalna symbolika wyprostowanego, środkowego palca.
Jest dobrze.

Link :: 20.06.2009 :: 22:59 Komentuj (9)
Odkąd skończyłam liceum i przestałam być taaaka zbuntowana i nonkonformistyczna, zaczęłam trzy razy zastanawiać się nad podjęciem każdego tematu na bloga, pod kątem ilości osób, które uda mi się obrazić. Dlatego, kiedy dwa tygodnie temu stałam się bohaterką zajścia leżącego u podstaw powstania tego tekstu, moim największym problemem przy próbie zainicjowania dyskusji, stał się dobór słownictwa, żeby nie przekroczyć granicy chamstwa przy tak delikatnej kwestii. Nie jestem pewna, jak wyszło, ale ponieważ bardzo chciałam o tym napisać, mam nadzieję, że w miarę możliwości nikt nie potraktuje tego wpisu personalnie.
Wszystko zaczęło się w pewne sobotnie popołudnie, kiedy musiałam wyskoczyć do sklepu po pustą płytę DVD. Nie zastanawiając się nad doborem ubrań i nie zaprzątając sobie głowy przebieraniem się, zostałam w porozciąganych, domowych łachach i tylko wsunęłam na bose stopy pierwsze z brzegu buty – dziełem przypadku szpilki.
Sądziłam, że skoczę do najbliższej kafejki internetowej, kupię co trzeba i wrócę do domu nim minie kwadrans. Błąd. Kafejka była zamknięta, podobnie osiedlowy sklep komputerowy i punkt ksero, więc musiałam podreptać w tych nieszczęsnych butach do Tesco.
Aby zostawić jakieś wyobrażenie przestrzenne, do Tesco idzie się jakieś dwadzieścia pięć minut w jedną stronę. Szybkim krokiem – może niewiele ponad dziesięć. Stukając obcasami o chodnik, dziarskim krokiem ruszyłam przed siebie z zamiarem jak najszybszego zrobienia zakupów i wrócenia do domu zanim poobcieram sobie stopy.
Kiedy byłam mniej więcej w połowie drogi, wyrosła przede mną sześcioosobowa grupa spacerowiczów. Idąc trójkami, zajęli całą szerokość chodnika i chociaż odwrócili się kilka razy w moją stronę, prawdopodobnie słysząc stukanie o bruk, nie wykonali żadnego ruchu w stronę zrobienia mi półmetrowego przejścia, żebym mogła ich wyminąć. W sumie żaden problem – zeskoczyłam na ulicę, wyprzedziłam ich idąc jezdnią i wróciłam na chodnik, a korona mi przez to z głowy nie spadła.
Istnieje takie zjawisko poniekąd socjologiczne, że ludzie przestają silić się na ściszenie głosu, gdy widzą w uszach obmawianej osoby słuchawki i wyciągają częstokroć mylny wniosek, że zainteresowana ich nie słyszy. Ja słyszałam i aż potknęłam się z wrażenia, kiedy jedna z kobiet tak skomentowała całe zajście:
- A te chude kurwy to coraz bezczelniejsze są. Mogła powiedzieć „przepraszam”, a nie wymija nas ulicą, jak jakieś gorsze i stuka tymi swoimi obcasikami, szmata.
Zatkało mnie. To nie było miłe i chociaż dwie godziny później już się z tego śmiałam, to na początku zrobiło mi się przykro. Tym bardziej, że dopóki nie zostałam określona słowami, cytuję, „chuda kurwa”, nawet nie przetrawiłam informacji, że najszczuplejsza z mijanych przeze mnie osób była o dobre dziesięć kilo większa ode mnie. Po prostu nie zwróciłam na to uwagi.
Utarła się idiotyczna opinia, że osoby odchodzące od superszczupłego modelu są szykanowane w równej mierze przez koegzystentów, co telewizję, prasę i agencje modelek. Durny stereotyp. Osobiście w całym moim życiu jednej, jedynej osobie wytknęłam złośliwie grube łydki, ale to nie dlatego, że spędzał mi sen z powiek obwód jej nogi w najszerszym miejscu, ale dlatego, że z nie-koleżanki zła kobieta była i wiedziałam, że cios w wagę najbardziej ją zaboli z czego postanowiłam skorzystać. Generalnie bowiem, czepianie się osób z BMI powyżej 25, aktualnie jest notowane gorzej niż rasizm, homofobia i szowinizm razem wzięte, co nie przeszkadza wyżej wymienionym nazywać modelek wieszakami i wypominać im brak biustu, brylując banałem o „kobiecych kształtach”. Tymczasem, kiedy ostatni raz sprawdzałam, „kobiece kształty” to określone proporcje talii do bioder, a nie shar pei wokół żeber. Taka definicja eliminuje w równej mierze biuściaste babki z fajnym tyłkiem pechowo tyjące w pasie, jak i chłopczyce o walorach wabika na pedofila. Przynajmniej tyle, jeżeli chodzi o sprawiedliwość.
Temat piękna w każdym rozmiarze zrobił się ostatnio bardzo modny. Abstrahując od tego, że dla jednych pulchność zaczyna się od rozmiaru 40, a inni kibicują Chloe Marshall (dyplomatycznie określanej jako „puszysta”), kiedy w rozmiarze 46 startuje do tytułu Miss Anglii, Gok Wan robi furorę, figury Johansson i Belluci przywracają modę na sylwetkę Marilyn Monroe, a modelki poniżej pewnej wagi nie są wpuszczane na wybiegi, żeby nie promować anoreksji. No super, ale to nie do końca tak działa.
Jedni tyją bo takie mają geny i pewnych rzeczy nie przeskoczą – bardzo mi przykro z ich powodu, ale niech nie wmawiają światu, że rozmiar 50 jest atrakcyjny, bo stan skóry i dbałość o włosy i paznokcie to jedno, a choroby i kondycja to drugie. Nie może być tak, że nagle TVN Style będzie promować BMI 25, żeby kobiety z nadwagą poczuły się lepiej. Tymczasem takie patologie są promowane i Mon Père śmiał się przez bity kwadrans, kiedy rok temu trafiliśmy na amerykański odpowiednik „Agentki do zadań specjalnych” i prowadząca rozpływała się w zachwytach nad postępami nastoletniej (!) uczestniczki programu, wykrzykując entuzjastycznie: „Widzisz, jaka jesteś szczupła! Teraz ważysz już TYLKO sto dwadzieścia kilo!” Ponieważ w tym przypadku winne było odżywianie się fast foodami, a nie predyspozycje do tycia, chyba bym się zapłakała, gdyby rodzice pozwalali mi bez ograniczeń wpieprzać hamburgery i zapijać to coca colą, zasłaniając się bredniami o okresie wzrostu i podwyższonym zapotrzebowaniu energetycznym.
Są tacy, którzy tyją, bo biorą leki o określonym działaniu. Tych mi szkoda jeszcze bardziej niż ludzi z predyspozycjami do obrastania w tłuszcz, bo jeżeli całe życie jest się relatywnie szczupłym, a potem nagle w ciągu roku podskakuje się o pięć rozmiarów z powodu lekarstw, to przypomina to permanentną ciążę – rozstępy wyłażą, jak grzyby po deszczu, a szafa jest praktycznie do wymiany.
Co ciekawe, zawsze, kiedy w Internecie wycieka temat ludzi z nadwagą lub wręcz otyłych, nikt nie komentuje swojego wyglądu słowami: „Jestem gruba, bo nie wyobrażam sobie dnia bez lunchu w McDonaldzie”, ale nagle wszyscy dyskutanci są ciężko chorzy i dlatego nie powinniśmy w ogóle podejmować tematu problemu otyłości, nieważne w jakim kontekście, ponieważ to ich rani. A przecież są też ludzie grubi, podkreślam: GRUBI, bo źle się odżywiają i nie wyobrażają sobie życia bez wjechania windą na drugie piętro o uprawianiu jakiegoś fajnego sportu nie wspominając. Potem takie rozdęte z własnej winy babska, beczą w rękaw Gok Wanowi, a telewizja kobieca odpowiada na potrzeby odbiorcy i przekonuje, że gorset i sposoby na optyczne wyszczuplenie wystarczą. Nie wystarczą. Jeżeli komuś podobają się blondynki, to nawet najlepiej utrzymany rudzielec będzie na straconej pozycji. Jeżeli modelowym przykładem pięknej kobiety w danej epoce jest Kate Moss, to Beth Ditto może być najwyżej rebeliantką i to jeszcze traktującą tę rebelię cokolwiek asekuracyjnie, wystawiając swoje nagie, tłuściutkie ciało na okładkę, ale nie skąpiąc fotoszopa, bo fałdki są okej i przeciętna Kowalska poprzez nie będzie się identyfikować z artystką (śmiech na sali), ale cellulit to już byłoby fajnie zatuszować. To wszystko jest tym zabawniejsze, że przecież z puli wszystkich mężczyzn na ziemi, niektórym podobają się drobinki bez biustu, innym wystarczą do szczęścia duże cycki, inni zdecydowanie w pierwszej kolejności patrzą na twarz, pewien procent głównie interesuje się barwnym, ciekawym charakterem, a przecież są i feedersi, którzy tuczą swoje kobiety do oporu (co akurat jest już, moim zdaniem, chore). Jeżeli kobiety z uciętymi nogami, głuche, niewidome lub łyse po chemioterapii szczęśliwie się zakochują i radzą sobie w życiu, nie domagając się od babskich portali lansowania swoich defektów, to nosicielki rozstępów i fałdek też nie muszą.
Gdybym weszła na losowo wybrane forum i rzuciła prowokująco, że nigdy, przenigdy nie umówiłabym się z grubym chłopakiem, dostałoby mi się od pustych idiotek, prawdopodobnie blachar spalonych (pod) słońcem (solarium). Tak, jak została bezlitośnie skrytykowana przepiękna Grażyna Torbicka pod artykułem o obchodach jej pięćdziesiątych urodzin, bo kiedyś podobno powiedziała, że nigdy nie chciała mieć dzieci, bo to zniszczyłoby jej figurę. Nie wnikam w to, czy naprawdę są to jej słowa, czy tylko głupia plotka, ale jej prawo do podejmowania decyzji i wyrażania opinii spotkało się z jawnym atakiem internautek, które wypowiedziały się w takim tonie: Gdyby urodziła tyle dzieci, co ja... Gdyby wykonywała w życiu poważną, ciężką pracę, jak ja... Gdyby miała taką przeciętną pensję, jak ja... to na pewno by tak nie wyglądała! A przecież to wolny kraj i nie ma przymusu rodzenia dzieci, wykonywania pracy fizycznej od skończenia liceum i mycia włosów szamponem familijnym za pięć złotych. I znowu wychodzą kompleksy zasłaniających się anonimowością internautek, które są dumne ze zdjęć na naszej klasie ze swoimi pociechami, ale nie mogą przepuścić Torbickiej, że od instynktu macierzyńskiego silniejsze okazało się pragnienie zachowania rozmiaru 38.
A zresztą – tyle się mówi, że najważniejszy jest charakter i fizyczne niedoskonałości nie mają znaczenia. Piękne zdanie do nadinterpretacji! Niedoskonałości z definicji są raczej drugorzędne w ocenie całości i nie osiągają monstrualnych rozmiarów, ale każdy z nas ma pewną granicę estetyki, której nie przekroczy, dopóki nie będzie naprawdę bardzo, bardzo zakochany. Dla jednych taką granicą będzie karzeł bez nóg z poparzeniami pierwszego stopnia, dla innych – dziewczyna w rozmiarze 42.

Link :: 01.06.2009 :: 20:00 Komentuj (5)
Czasami nie mogę odsunąć od siebie myśli, że skok z dziesiątego piętra byłby pierwszą, naprawdę szczerą rzeczą, jaką zrobiłabym w życiu.


lay

zrobiła Pasażerka tylko i wyłacznie dla papierowe-miasto wykorzystując foto stąd (bierzcie i jedzcie z tego wszyscy)