fräulein y.

i'm in slytherin!

youtube
filmweb || dev
fanlisting || anidb
quizilla || soup.io
$1,740,330

feeling like a freak on a leash

klepsydra

2005
01 02 03 04 05 06
07 08 09 10 11 12
2006
01 02 03 04 05 06
07 08 09 10 11 12
2007
01 02 03 04 05 06
07 08 09 10 11 12
2008
01 02 03 04 05 06
07 08 09 10 11 12
2009
01 02 03 04 05 06
07 08 09 10 11 12
2010
01 02

sie sind

doris
ewam
fiol
innuendo
jakżyć
karla
labruja
lejdi
montewski
phantom of the monique
pstraghi
segritta
serveta
sposob
tokio
voldy
yorokonde

precious things

aby sprzedać
anime eden
behindthename
bookshelves
clark little
climatechange
cutetapes
daily
decobazar
ewolucja
fullmetal alchemist
gendou
hel looks
homesweethome
japanesemusicdream
japshare
kina studyjne
komercyjna
orlan
plfoto
pricasso
tori amos

automat z batonami


Spam poison
homikus.pl

layout

panna Pasażerka
laj-alt
foto

Link :: 04.02.2010 :: 21:43 Komentuj (1)
Jeden z moich ulubionych polskich blogerów, który zawsze, chociaż czasami kompletnie się rozmija z moimi poglądami, pisze z sensem i jajami, opublikował niedawno notkę w której podlinkował kilka tekstów publicystycznych, ukierunkowanych na oczernienie środowiska ateistycznego. Nie jestem ateistką, a przynajmniej się nią nie czuję, aczkolwiek uwielbiam antyreligijnego bloga Attonna, ponieważ, jak głosi informacja u góry strony, to blog wprowadzający zwątpienie i zmuszający do samodzielnego myślenia. Facet pisze bardzo błyskotliwie, racjonalnie argumentując swoje wypowiedzi i z podziwu godną kulturą osobistą odpowiada na napastliwe, nieprzyjemne komentarze zgorszonych jego poglądami czytelników. Uwielbiam go czytać, bo naprawdę trafia w sedno i nie musi sięgać po ironię, czy jakieś śmieszne, pełne wyższości lansowanie się na zdystansowanego intelektualistę, żeby zrobić wrażenie.
Chociaż temat religii jest bardzo grząski i bezpośrednio prowadzący do zagadnień, które w niektórych ludziach budzą agresję i potrzebę udowodnienia, że racja bezkompromisowo leży po ich stronie (nie ważne, czy mówimy tu o mężczyznach wołających przeciwko aborcji, czy parach hetero buntujących się przeciwko legalizacji związków homoseksualnych), uwielbiam go podejmować i wałkować nieskończoną liczbę razy. Chociaż odkryłam też, że dużo lepiej prowadzi się dyskusję w grupie osób różnorodnie zorientowanych wyznaniowo, ale wystarczająco sobie bliskich, żeby nie strzelili focha kiedy robi się gorąco, niż z katolickim księdzem. Z tym drugim podjęłam ze dwa miesiące temu rozmowę w komentarzach na jego blogu. Napisał, że ateiści i agnostycy nie mogą być szczęśliwi, bo brak wiary wyklucza jakiś głębszy sens życia, a brak tegoż z kolei, sprowadza się do całkowitego braku moralności i uczuć wyższych u niewierzących. Nie zgodziłam się, napisałam na swoim przykładzie, że nie czuję się bezkarna z tytułu bardzo chwiejnego stanowiska wobec Kościoła (jakiegokolwiek) i nawet, ha, uważam się za dobrego, a przynajmniej przyzwoitego człowieka, który jest zdolny do odczuwania współczucia czy empatii. Poddałam się jednak, kiedy mój rozmówca doszedł do konkluzji, że dla niego to jest kompletnie nielogiczne myślenie – dlaczego chcę mieć czyste sumienie, skoro w ujęciu ateistów po śmierci nie czeka mnie żadne rozliczenie się z przeszłością? Od tego momentu przestałam rozmawiać z tamtym księdzem, bo uznałam, że trzeba mieć mocno pokręcone w głowie, żeby żywić przekonanie, że ludzie są zdolni do współodczuwania tylko dlatego, że wierzą w nagrodę po śmierci.
O ile dyskutowanie o religii i jej wpływie na życie szarego Kowalskiego (a może tęczowego Kowalskiego?) jest naprawdę jedną z moich ulubionych rozrywek, o tyle czasami naprawdę ręce opadają, kiedy z inicjatorów pomysłu zdjęcia krzyży w świeckich placówkach edukacyjnych robi się barbarzyńców i kryminalistów. To jest po prostu przykre, że dorośli ludzie potrafią narobić histerycznego, niczym nie podpartego wrzasku, zamiast spokojnie wyjaśnić swoje racje. Tradycje, do jakich się odwołują, są bardzo nietrafionym argumentem. Już raz mówiłam, że jeżeli chrześcijanizm jest kolebką europejską, to co z antykiem i politeizmem? Ale to nie jest teraz ważne, zresztą, z mojej strony wyczerpałam ten akurat temat.
Przeczytałam parę tekstów zorientowanych na zrobienie z niewierzących barbarzyńców, którzy w skrzywiony, nienormalny sposób pojmują moralność czy dobro. Kiedy usłyszałam, że nie myślę racjonalnie, bo jaki jest sens bycia dobrą, kiedy jest się niewierzącą, nawet nie jestem pewna, czy bardziej mnie to zatkało, czy wkurzyło. Smutek i bezradność przychodzą później, kiedy „Gość Niedzielny” zamieszcza takie zdanie: „Teraz ludzie zapomnieli, że takim ateizmem posługiwały się najobrzydliwsze totalitaryzmy”, jakby u podstaw zła komunizmu leżał brak wiary. Tej samej wiary, która ponosi winę za wyprawy krzyżowe, a co mi tam, idźmy dalej: za co konkretnie ukrzyżowano Jezusa?
Kiedyś trochę bardziej ruszały mnie sentymentalne bzdurki wzorowane na platońskiej metaforze jaskini. Jak dziś pamiętam łzy wzruszenia pod powiekami, kiedy ksiądz na rekolekcjach opowiadał taką historyjkę o dwóch płodach rozmawiających w macicy nad sensem wiary w Matkę, której nie widać, a przecież czuje się ją wszędzie dookoła. To była bardzo ładna i trafiająca do słuchaczy manipulacja. Pan redaktor Franciszek Kucharczak na potrzeby „Gościa Niedzielnego” ilustruje swój tekst wizerunkiem pisklęcia, które trzyma w pazurach tabliczkę z napisem „Nie wierzę w kwokę”, jakby nie istniała subtelna różnica między kwoką, a Bogiem. I pisze: „To jednak ciekawostka, czemu tak się wysilają. Don Kichot był w lepszej sytuacji, bo miał przynajmniej wiatraki, a oni walczą z tym, czego – ponoć – w ogóle nie ma. Więc o co im chodzi? Ano, pewnie o to, żeby ludzie wyprani z chrześcijaństwa mieli swoją religię. Bo człowiek jest istotą z natury religijną i zupełnie bez religii żyć nie umie.”
Moment, co? Ateiści walczą z katolicyzmem żeby mieć własną religię? Ateiści walczą z czymkolwiek? Pan Kucharczak, jako przejaw tej „walki”, wymienia jakąś wystawę pornografii w starym kościele w Toledo, zorganizowaną przez Międzynarodową Federację Ateistów. Moim zdaniem to akurat wybitnie debilna i przedstawiająca środowisko osób niewierzących w bardzo złym świetle inicjatywa, ale pan redaktor ze wszystkich rzeczy, jakie mógł znaleźć w Internecie o ateistach, wybrał akurat tę. Ale przecież rozumując w ten sposób, jeżeli taka wystawa jest propagandą ateizmu, to procesja z sypaniem kwiatów pod oknami jest równorzędną propagandą katolicyzmu. Chodnik jest wspólną własnością dokładnie tak samo, jak budynek starego kościoła, który został przerobiony na galerię, a jednak nikt nie krytykuje grupy ludzi idących z wizerunkiem ukrzyżowanego mężczyzny przez miasto.
Dużo, dużo ostrzej zaczyna swój tekst w „Przewodniku Katolickim” (50/2008) ks. Marek Dziewiecki. Pisze: „Punktem wyjścia ateizmu jest wiara w to, że nie ma istotnej różnicy między człowiekiem a zwierzętami.” Ateizm, jak sama nazwa wskazuje, odrzuca teizm, czyli jego punktem wyjścia jest to, że bóstwa nie istnieją, a brak istotnej różnicy między człowiekiem, a zwierzętami, jest OGROMNĄ nadinterpretacją i OHYDNĄ manipulacją, która nie ma absolutnie nic wspólnego z rzeczywistością.
Ks. Dziewiecki, zatytułował swój tekst „Ateizm, czyli urojona wizja człowieka”, bardzo nieudolnie nawiązując do „boga urojonego” i już w pierwszym akapicie wzbudził we mnie wstręt. Pisze: „Każdy z ateistów, z którymi dotąd rozmawiałem, zachowuje się tak, jakby w swoim sposobie myślenia oraz w swoim sposobie uciekania od faktów był dokładną kopią innych ateistów.” Nie mam zielonego pojęcia o jakich „faktach” mowa, ale na mój rozum, to zdanie miałoby dużo więcej sensu, gdyby w miejsce słowa „ateista” wpisać „katolik”. Poza niewiarą w bogów, ateiści nie mają żadnej doktryny, której muszą się trzymać. Tak właściwie, może to tylko moje odczucia, ale doktryny, które regulują sposób postępowania swoich wyznawców, charakteryzują właśnie religie, a z ateizmem nie mają nic wspólnego.
„Wspólną cechą ateistów, z którymi miałem kontakt, jest to, że sprawiają wrażenie, jakby nie wiedzieli, iż to właśnie systemy ateistyczne doprowadziły do najbardziej okrutnych dyktatur oraz do największych zbrodni w historii ludzkości. W dziejach człowieka żadna marginalna mniejszość – a do takiej należą ateiści – nie dokonała zbrodni na tak wielką skalę, jak właśnie ci, którzy usiłują urządzić świat bez Boga.” Przepraszam, ale nie mogę się powstrzymać: LOL? Marginalna mniejszość? 2,3% ludności całego świata uważa się za ateistów. 11,9% w tej samej skali to nonteiści. To już 14,2%. Katolików, według watykańskiego rocznika statystycznego „Annuario Potificio” sprzed dwóch lat, jest 17,4%, więc nie tylko muzułmanie wygrywają ciastko z wynikiem 19,2%, ale różnica między niewierzącymi, a katolikami wcale nie wskazuje na żadną „marginalną mniejszość” tych pierwszych, a ponadto, pamiętajmy, że w tych 17,4% mamy trochę wierzących niepraktykujących i innych patologii z cyklu „tak, oczywiście, że jesteśmy praktykującymi katolikami, ale współżyjemy bez ślubu i generalnie antykoncepcja jest fajna”.
Uwielbiam ten akapit. „Po trzecie, ateiści sprawiają wrażenie, jakby nie wiedzieli o tym, że istotą ateizmu nie jest negowanie istnienia Boga, lecz negowanie istnienia człowieka jako kogoś w istotny sposób różnego od zwierząt. (...) Wystarczy się przestraszyć, aby uwierzyć w istnienie bóstw lub w istnienie jakiegoś urojonego boga, ale trzeba odkryć w sobie niezwykłość bycia osobą, by postawić pytanie o Boga prawdziwego.” Okej, wystarczy się przestraszyć, żeby chwycić się za serce i pisnąć „słodki Jezu”. Wystarczy też poślizgnąć się na oblodzonym chodniku i spointować zajście „kurwa mać”, więc nie traktowałabym mamrotania studentów przed egzaminem „dobry Boże, będę się uczyć od przyszłego semestru, ale pomóż mi dostać trzy” jako dowodu na instynktowne zwracanie się do Boga w obliczu katastrofy.
„(...) ateiści sprawiają wrażenie, jakby nie wiedzieli o tym, że ogromna większość ludzi odkrywa w sobie te cechy – zwłaszcza zdolność poznania prawdy i podejmowania świadomych decyzji, a także zdolność do odpowiedzialności, miłości i wierności – których ateistom nie pozwala dostrzegać przyjęty przez nich system wierzeń.” To powyżej, to są naprawdę podłe, zionące nienawiścią słowa. Bo co? Bo ateiści rozważają problem aborcji we własnych sumieniach, bez narzuconej odgórnie doktryny, przy czym niektórzy, bo przecież nie wszyscy, widzą w zagnieżdżonym zarodku zlepek komórek, który można usunąć? Dlatego ateiści są niezdolni do odpowiedzialności, miłości i wierności, czy po prostu dlatego, że nie wierzą w Boga? A może dlatego, że nie dają na tacę? To, co ten ksiądz napisał, nie jest przedstawieniem poglądów ani nawet zaproszeniem do dyskusji, ale stekiem obelg, które jednak bolą, bo to, że zdystansowałam się od Kościoła Katolickiego nie znaczy, że chcę o sobie słyszeć, że jestem niezdolna do kochania. Ksiądz Dziewiecki potrafi napisać: „Ateiści wierzą w to, że miłość to jedynie kwestia biochemii.” Nie jest to zarzut, jaki można odeprzeć danymi statystycznymi, ale trzeba go przełknąć. Bo jak udowodnić rozmówcy, że czuje się coś więcej do drugiego człowieka niż tylko pożądanie? Ksiądz napisał: „Ateistyczne feministki bardziej troszczą się o seks niż o dzieci, a ateistyczni ekolodzy bardziej troszczą się o ochronę zwierząt niż o ochronę ludzi.”
Nawet jeżeli jestem zmuszona przyznać, że żyjemy w czasach, w których wiele kobiet decyduje się na nie posiadanie dzieci i przyznaje, że ich nawet nie lubi i nie ma ochoty mieć pod dachem wrzeszczącego, małego człowieka, czy to naprawdę sprowadza się do dania komukolwiek prawa do oskarżenia drugiej osoby o niemożność odczuwania? Po słowach „Ateiści widzą w człowieku zwierzęcość, a w zwierzętach dopatrują się człowieczeństwa. (...) Człowiek, który przyjął ateistyczny system wierzeń w antropologii, traktuje zachowanie tych, którzy racjonalnie myślą, odpowiedzialnie decydują i wiernie kochają, jako zachowanie irracjonalne” zrobiło mi się strasznie przykro, bo przed czymś takim nie ma się JAK obronić. Po prostu się nie da.
Dla mnie to dosyć logiczne, że są mądrzy i głupi ateiści, mądrzy i głupi wierzący. Mam jakąś utopijną wizję świata, gdzie nikt nie narzuca innym swoich jedynych, słusznych przepisów na dobre życie. Ateiście ma się za złe, że chce zdjęcia krzyży, które zostały mu narzucone, chociaż on sam niczego nie chce nikomu wpychać do gardła. Automatycznie jest przy tym zaatakowany obelgami, bo jak inaczej nazwać oskarżenie o brak uczuć, niezdolność do kochania czy tworzenia związków. Natomiast kiedy budowana jest linia obrony przeciwko takiemu traktowaniu, bo bardzo mi przykro, ale tylko masochista wzruszył by ramionami na takie inwektywy, profesor Jerzy Robert Nowak dla „Naszego Dziennika” z kronikarską dokładnością tworzy listę prasowych „kampanii antykościelnych”. Oskarża, że niewierzący uderzają poniżej pasa i jeszcze ma pretensje, że reżyser Peter Greenway BEZKARNIE (rozumiecie to oburzenie?) mógł w „Wysokich Obcasach” powiedzieć, że Boga nie ma. Halo! Wolność słowa?
Pani redaktor Joanna Podgórska dla „Polityki” z listopada 2008., podeszła to tematu z drugiej strony. W jej tekście „Wierz, boś nie zwierz”, pojawia się taki akapit: „Według sondażu CBOS z ubiegłego roku za tym, aby nauka religii odbywała się w szkołach, opowiada się ponad 70 proc. Polaków, ale na pytanie, czego na tych zajęciach powinno się uczyć, ponad połowa odpowiada, że wiedzy o różnych religiach i wierzeniach. Nieco odmienne dane przynosi sondaż przeprowadzony przez ARC Rynek i Opinia na zlecenie dziennika „Polska”. Więcej niż 50 proc. rodziców dzieci w wieku szkolnym widzi miejsce katechezy w przyparafialnych salkach.”
Strasznie podoba mi się też cytowana wypowiedź młodocianego ateisty: „Tydzień temu byłem bierzmowany przez samego arcybiskupa, w obecności notabli z urzędu miejskiego i prezydenta miasta. Będę teraz wykonywał te wszystkie puste gesty aż do ślubu – bo tak łatwiej. Z babciami, dziadziami, ciociami, rodzicami. Liczę na to, że ateizm stanie się na tyle powszechny, że moje dziecko nie będzie musiało wybierać między sprawieniem przykrości bliskim a sprawieniem przykrości sobie.” Ma chłopak rację. To trochę dziwne, że katolicy zarzucają ateistom ataki na swoją wiarę, podczas gdy wielu niewierzących wybiera ścieżkę nie sprawiania przykrości rodzicom i nie wychyla się ze swoimi faktycznymi poglądami: chodzą na religię, przyjmują komunię i regularnie się spowiadają, chociaż nie ma to dla nich większego znaczenia, a wręcz jest nieznośne.
Czytamy dalej: „W mojej szkole udało się tak ułożyć plan lekcji, że religia była na początku albo na końcu zajęć. W efekcie brakowało chętnych, o czym ksiądz proboszcz poinformował Urząd Miejski. Pani dyrektor musiała się tłumaczyć i zmienić plan – opowiada nauczycielka matematyki ze Szczecina. Inna opisuje, jak ksiądz nakazał rozwiązanie kółka gier RPG i Fantasy w jej liceum, bo uznał to za satanizm. W Kościelcu koło Proszowic w związku z nawiedzeniem wsi przez kopię cudownego obrazu jasnogórskiego proboszcz zarządził trzydniowe rekolekcje, a dyrektor potulnie zamknął szkołę. Zakaz organizowania dyskotek w piątki to niemal powszechna praktyka. W jednym z liceów na korytarzu zawisło ogłoszenie: „Katechetka informuje, że andrutów jeść nie wolno, bo przypominają ciało Chrystusa”. Zdarzały się przypadki, że na radzie pedagogicznej katecheta żądał obniżenia oceny ze sprawowania uczniowi, który zamiast: niech będzie pochwalony Jezus Chrystus, mówił tylko: niech będzie pochwalony.”
Mogę przyklasnąć? To tak podręcznikowe zniechęcanie do religii, że nie wymaga głębszego komentarza. Nieudolność katechetów i infantylność programu nauczania robi pośmiewisko z instytucji Kościoła, bo takie nieprzemyślane pranie mózgu nie ma prawa zdać egzaminu w czasach powszechnego dostępu do Internetu, gdzie znalezienie kontrargumentów i alternatyw jest kwestią dziesięciu minut. Kiedyś byłam bardzo uduchowiona. Teraz – zwyczajnie zdystansowana. Nie boli mnie to, że jakiś ksiądz pisze w Internecie, że ateiści są zezwierzęceni, bo czuję się ateistką. Ponieważ się nie czuję, to już ustaliliśmy. Przeszkadza mi to, ponieważ jeszcze pięć lat temu byłam bardzo silnie związana z Kościołem, który aktualnie nie reprezentuje moich poglądów na wiele ważnych spraw, a to jest już trochę przykre.

Link :: 28.01.2010 :: 23:35 Komentuj (9)
Nie lubię większości feministek, bo wynajdują sztuczne problemy i biegają z nimi do babskiej prasy, nastawione na wywołanie reakcji „ojoj, jakie to my som uciskane przez patriarchat” gdzieś pomiędzy lekturą „Sukcesów i porażek” i emisją „Plebanii”. Ponieważ tak ogólnie nie lubię, jak robi się ze mnie idiotkę przedstawiając materiał prasowy w sposób bardzo silnie trącący manipulacją, trochę się pogniewałam na „Wysokie Obcasy” po raz kolejny w życiu.
Mamy więc dodatek do „Gazety Wyborczej” reklamujący się, jako opiniotwórczy magazyn dla niepokornych kobiet, który na swojej stronie internetowej wstawia (chyba dla kontrastu) ankietę „Czy powiedzieć przyjaciółce, że jest zdradzana?” Co ciekawe, 62% ankietowanych kobiet nie widzi nic złego w byciu głosicielem złej nowiny, jakby większej skuteczności nie odniosła delikatna sugestia, żeby zdradzający obejrzał sobie „Oldboya” i przypatrzył się, co Dae-su Oh potrafił zrobić swojemu oprawcy młotkiem.
W każdym razie do druku poszedł wywiad z Anną Wołosik, który na papierze ukazał się pięć lat temu, a teraz zawitał na stronie głównej portalu „Wysokich Obcasów” w wersji elektronicznej, bo przecież zagadnienie nierówności płci w podręcznikach szkolnych jest bardzo ważnym, ciągle aktualnym problemem społecznym. Wywiad jest potwornie tendencyjny i nastawiony na wywołanie wrażenia, jakie to jesteśmy uciskane i pomijane, jakby to była rzecz dyskusyjna, że najbardziej znana szarej masie polska rzeźbiarka powiesiła na krzyżu... cóż, wszyscy wiemy, co powiesiła. Pani Wołosik się nie podoba, że za mało postaci kobiecych występuje w podręcznikach do języka polskiego (co jest akurat bzdurą) i historii (co jest akurat mniejszą bzdurą, ale chyba każdy rozsądny człowiek wie, jak ciężko jest się zmieścić do końca liceum z całym materiałem, żeby jeszcze dopychać na siłę najsłynniejsze kobiety, które, sorry, ale czasami jednak przegrywają w zestawieniu z Aleksandrem Macedońskim, Karolem Wielkim i Stalinem), nie wspominając już o kompletnie wziętym z kosmosu oburzeniu na stereotypowe wizerunki dziewczynek w podręcznikach do nauczania początkowego.
Może ja chodziłam do jakiejś dziwacznej podstawówki, ale piekliśmy ciasteczka całą klasą, szyliśmy całą klasą, rysowaliśmy całą klasą i nikt nam nie ładował do głowy poglądów, że chłopcy mają bawić się samochodzikami i interesować majsterkowaniem, a dziewczynki popychać przed sobą wózki z lalkami i od najmłodszych lat uczyć się gotować. Jeżeli gdziekolwiek byliśmy traktowani niepoważnie i stereotypowo, to na Wychowaniu do życia w rodzinie, a to i tak nie przez wszystkich nauczycieli tego „przedmiotu”. I może jeszcze na religii w ostatniej klasie liceum, ale wtedy byliśmy trochę za starzy, żeby poważnie traktować wynurzenia księdza katechety o tym, że osiemnastoletnie panienki są już gotowe by założyć rodzinę i zacząć rodzić dzieci.
Powoli przestaje mi się mieścić w głowie, co jeszcze będzie można powiedzieć w kwestii ciemiężonych i uciskanych dziewczynek, które żyją w szowinistycznym, patriarchalnym świecie, gdzie na czterech noblistów w dziedzinie literatury, przypada trzech mężczyzn. Nie zdziwiłabym się, gdyby któraś nowoczesna feministka wpadła na pomysł zrównoważenia tej dysproporcji i podsunęła ośmiolatkom Elfriede Jelinek. Najlepiej z grubej rury zacząć od „Pianistki”, niech się dziewczynki dowiedzą, że mogą mieć prawo do nieskrępowanych fantazji erotycznych (może niekoniecznie o biciu i poniżaniu przez męską, szowinistyczną świnię, ale zawsze zostają jeszcze „Amatorki”). Zresztą bogini Jelinek też powiedziała, że: „Uważa się, że do wielkich dzieł zdolni są tylko mężczyźni” i pewnego dnia, ktoś ją zacytuje w kompletnie innym kontekście.
Wydaje mi się, że naprawdę trzeba mieć głowę pełną kompleksów, żeby drzeć mordę w prasie o rzekomo seksistowskie ilustracje w podręcznikach, o półnagie tancerki w teledyskach r’n’b, o jedną noblistkę i dowcipy o blondynkach. Jeszcze tylko zostało przeprowadzenie badań, ile w Polsce stoi pomników poświęconych mężczyznom, a ile kobietom. W każdym razie historia to nie do końca moja działka, a prawdopodobnie najbardziej spójnej odpowiedzi na pytanie zadane przez nauczycielkę tego przedmiotu udzieliłam zapytana o moją sukienkę studniówkową, ale podręczniki do języka polskiego czytałam i analizowałam od akapitu do akapitu, zresztą miałam też bardzo feministyczny temat prezentacji maturalnej, i zapewniam wszystkich zmartwionych, że one NIE są szowinistyczne. To nie jest wina redaktora czy wydawcy, że Słowacki wielkim poetą był, a w tych wszystkich Skamandrach i Awangardach Krakowskich było więcej aktywnie tworzących poetów niż poetek. Och, na miłość Latającego Potwora Spaghetti, nie wiem, co Wołosik miała na myśli mówiąc, że „gdy dziewczyna czyta podręcznik, w którym kobiety w ogóle się nie pojawiają, czuje się wykorzeniona, pozbawiona łączności z przeszłością” skoro w programie uświadczysz Orzeszkową czy Dickinson, a w młodszych klasach czyta się Musierowicz i Jurgielewiczową, z czego „Ten obcy” jest bodaj najsłodszym studium zauroczenia pomiędzy nastolatkami, zostawiającym „Zmierzch” daleko w tyle. Czytaliśmy „Tego obcego” gdzieś w czwartej klasie podstawówki i przez następne dwa lata identyfikowałam się z Ulką, chociaż jeżeli chodzi o moje wczesnopodstawówkowe przejścia z literaturą piękną, zdecydowanie najwięcej radości dawały mi książki Ożogowskiej.
Generalnie pani redaktor poprowadziła ten śmieszny wywiad bardzo zgrabnie, dając szansę swojej rozmówczyni na powiedzenie wszystkiego, co leżało jej na wątrobie w związku z programem nauczania w polskich szkołach, ale kiedy skończyłam się już śmiać nad tym tekstem, trafiłam na artykuł sprzed czterech lat, który totalnie mnie zmiażdżył.

Grupę dwunastolatków z trzech szkół w kraju poproszono o udzielenie odpowiedzi na temat „Być kobietą”. Chłopcy rysują, dziewczynki piszą. Odpowiedzi wgniotły mnie w fotel i podejrzewam manipulację w postaci nadgorliwej nauczycielki doradzającej, jak powinno wyglądać takie krótkie wypracowanko. Większość cytatów nie wymaga komentarza. Chociaż zastanawiam się, w jakim świecie żyją te dzieci i skąd czerpią wzorce, że mają takie spostrzeżenia.
- „Kobieta w niektórych polskich domach jest dosłownie kurą domową, ponieważ musi sprzątać, prać, prasować i robić tego typu rzeczy. Ale w innych domach mężczyźni nie pozwalają kobietom pracować i wtedy mogą one robić, co chcą (ale bez przesady).”
- „Żaden chłop nie musi też robić zakupów i potem dźwigać ich do domu. Jednak być kobietą jest wspaniale, każda ma jakiś dar. Jedna jest piękna, inna mądra.”
- „My, wspaniałe kobiety, przeżywamy trudny okres dojrzewania. Przez ten czas bolą nas części intymne.”
- „Mężczyźni dziwią się, że wydajemy dużo pieniędzy w sklepach, ale jak tu się dziwić, skoro musimy kupować np. podpaski, tampony, waciki, bieliznę itp. A kto kupuje rzeczy do jedzenia? Jedzenie jest drogie i na to idzie nasza wypłata, a potem na ubrania musimy brać od mężczyzn. My, kobiety, przeżywamy też duży ból, kiedy rodzimy i mamy miesiączkę. Musimy się opiekować dziećmi. No bo kto wstaje w nocy, kiedy dzieci płaczą? Kobieta na szczęście ma też swoje dobre chwile, na przykład kiedy jest w ciąży albo ma swój pierwszy raz. Wtedy czuje się w 100 procentach kobietą.”
- „Myślę, że rola kobiety jest trudna. Mąż kładzie na partnerkę dużo obowiązków, jak np. gotowanie, sprzątanie, pranie, prasowanie i inne prace domowe. Kobieta ma w życiu ciężko. Nie dość, że mąż ciągle krzyczy: Dawaj obiad, Kryśka lub Upierz coś wreszcie, bo nie mam co założyć do pracy, to ma jeszcze problemy związane z okresem.”
- „Dobrze jest być kobietą, zwłaszcza gdy jest się zgrabną i ma się spory biust (miło jest wtedy chodzić na plażę).”
- „Kobieta stworzona jest przez Boga i naturę tak, że ma do spełnienia wiele odpowiedzialnych, pięknych i miłych ról społecznych - bycie żoną, matką, gospodynią.”
- „Gdy jest się kobietą, można nosić wspaniałe sukienki, biżuterię.”
- „Kiedy widzę starsze panie o zmęczonych, bladych twarzach, stojące na przystankach z siatkami pełnymi zakupów, zastanawiam się, czy właśnie na tym polega bycie kobietą. Najpierw ciężki dzień pracy, potem długa droga do domu, gotowanie obiadu mężowi i rozkapryszonym dzieciom, a jeszcze później sprzątanie, zmywanie, prasowanie i wiele innych domowych obowiązków.”
- „To jest bardzo przygnębiające. Ma się różne dylematy: jak usiąść, żeby wydać się chudszą, jak się ubrać, żeby się komuś spodobać. Trzeba się depilować, żeby założyć spódnicę. Czasami wolałabym być chłopakiem i zobaczyć, jak oni nas widzą. Są też dobre strony - mamy dom na głowie, sprzątamy go, zachodzimy w ciążę i rodzimy dziecko, potem patrzymy, jak dorasta. Jesteśmy od mężczyzn ładniejsze, a nawet zdarza się, że mądrzejsze.”
- „Stać się kobietą jest bardzo przyjemnie. Można zacząć współżyć z mężczyzną, chodzić na dyskoteki i takie tam zabawy.”
- „Pierwsza miesiączka jest bardzo bolesna. Jednak w doroślejszym wieku może to być bardzo interesujące. Także przyjście na świat dziecka może być najszczęśliwszą rzeczą na świecie. Samo gotowanie obiadów dla swojej rodziny jest przyjemne.”
- „Kobiety są od mężczyzn lepsze, bardziej odpowiedzialne, piękniejsze. Niestety, muszą chodzić do pracy, płacić za mieszkanie, dbać, żeby w domu było przytulnie i żeby było posprzątane. Między kobietą a mężczyzną są duże różnice. Mężczyzna jest od kobiety silniejszy, a kobiety muszą rodzić dzieci. My, dziewczyny, mamy różne talenty - plastyczne, śpiewacze - i mamy dobry styl ubierania się, a mężczyźni są dobrzy tylko w łóżku, tak uważam. Oczywiście czasem niektórzy z nich dobrze gotują i umieją coś tam naprawić, ale takich mężczyzn jest mało.”
- „Bóg obdarzył nas cudowną umiejętnością, której mężczyźni nie posiadają - mam na myśli rodzenie dzieci. Gdy się nosi dziecko w swoim ciele, można się do niego bardzo przyzwyczaić.”
- „Cieszę się, że jestem kobietą, bo mam zawsze jakąś lżejszą pracę niż mąż. Niektóre kobiety mają naprawdę dobrze, bo w ogóle nie muszą pracować, tylko zajmować się domem.”
- „A teraz coś optymistycznego - mamy też dużo przywilejów, możemy np. się malować. To jest duży plus, ponieważ niektóre kobiety nie mają zbyt ciekawej cery i wtedy makijaż jest pomocny. A mężczyźni? Cóż, pozostają im tylko pudry i kremy, które nie zatuszują zbyt wielu wyprysków.”
- „Według stereotypów być kobietą to być ładną, delikatną istotą, której mężczyźni muszą bronić i opiekować się nią, bo sobie w prawdziwym życiu nie poradzi.”
- „Kobiety nie dość, że są zawsze ładne (nie ma kobiet brzydkich, są tylko mniej zadbane), to są jeszcze silniejsze psychicznie i mają dobry gust.”
- „Naszymi problemami są mężczyźni, ponieważ oni się z nas śmieją, mówią, że mamy za duży biust albo że jesteśmy brzydkie, a my wtedy wpadamy po prostu w kompleksy. A jak ktoś się dowie, że mamy kompleksy, to się śmieje i rozprowadza plotkę po całej klasie.”
- „Kobieta musi być kobieca, malować się, stroić, wydawać pieniądze na ubrania i dbać o siebie. Mężczyźni też powinni wydawać pieniądze na kobiety, kochać je, domyślać się, czego one potrzebują, i mówić im komplementy. Kobietę trzeba wspierać w trudnych chwilach, okazywać jej miłość codziennie, nawet bez okazji. Obdarowywać ją romantycznymi prezentami, czerwonymi różami i czekoladkami.”
- „Według mnie prawdziwa kobieta to osoba, która spędza dużo czasu przed lustrem. Po skończeniu owych czynności idzie do pracy. Nie jest to koniecznie ciężka praca, ale po pracy kobieta wraca zmęczona do domu, gdzie musi jeszcze posprzątać, ugotować posiłek dla całej rodziny i jeszcze przez ten cały czas opiekować się dziećmi.”
- „Kobieta musi mieć czas na zakupy, bo mężczyzna nie potrafi uzupełnić garderoby kobiety, choć odwrotnie jest to możliwe. Musi mieć też kobieta czas na telefony do koleżanek, ponieważ znana jest teoria, że kobiety wiele czasu rozmawiają, a potem są wysokie rachunki za telefon.”
- „Życie mężczyzn w porównaniu z naszym to po prostu raj. Bo co oni takiego robią? FACET TO ŚWINIA. Jest próżny i nieodpowiedzialny. Zdarzają się nawet tacy, którzy zakładają rodzinę, a potem ją po prostu olewają. Facet zawsze zostanie dużym dzieckiem.”

To już nie było śmieszne. To było przerażające i szokujące, jaką rzeczywistość obserwują te dziewczynki, że identyfikują się ze swoją płcią przez prace domowe, rodzenie dzieci, miesiączkowanie (sic!) i strojenie się przed lustrem w ładne ubrania. Przypuszczam, że tekst został spreparowany, żeby wywołać dokładnie taką pełną współczucia reakcję, wciąż, część tych odpowiedzi udzieliły mieszkanki Warszawy, a nie jakiejś wiejskiej prowincji, gdzie czasami rzeczywiście matki muszą kombinować, jak związać koniec z końcem, kupować na zeszyt i z braku innej rozrywki rozmnażają się dużo za szybko, niż pozwala im na to sytuacja materialna.
Tymczasem najbardziej fascynujący jest kontrast. Z jednej strony te bardzo stereotypowo myślące dziewczynki, zestawione są ze statystyczną wyemancypowaną studenciarą, której wykształcenie polega na wieczorowych studiach w jakiejś podrzędnej prywatnej szkole, a największym manifestem wyzwolenia jest prawo do pieprzenia się z kim chce, gdzie chce i kiedy chce.
Ktoś z komentujących jeden z tych tekstów napisanych dla „Wysokich Obcasów”, porównał feminizm do komunizmu, tylko zamiast walki klas, mamy walkę płci doprowadzoną do absurdu. Wyzwolone i wyszczekane jednostki, którym bardzo, bardzo daleko do prawdziwych feministek, chyba zapomniały o co w tym ruchu od początku chodziło i realizują się w ośmieszaniu dokonań emancypantek poprzez takie karykaturalne, zorientowane na manipulację solidarnością jajników teksty.
„Cosmopolitan” przynajmniej jest szczery w swoim hedonistycznym przekazie i zamiast robić ze swojego targetu męczennice, którym trzeba nieustannie przypominać przez takie niejednoznaczne w swoim przekazie artykuły, że są uciskane i ograniczane, pokazuje, jak mają się bawić tym wszystkim, co oferuje im rynek konsumencki. Masę kobiet zdają się boleć przytyki do zakupów, trwającego godzinami mierzenia butów i kolekcjonowania torebek. Traktują to jak śmieszną, trochę wstydliwą fanaberię, która szufladkuje wszystkie kobiety jako puste i głupie. Rozumiecie, praca w domu i gotowanie jest uwłaczające, ale stukanie szpilkami po eleganckich butikach jest jeszcze bardziej obelżywe, bo oznacza, że kobieta jest próżna i odporna na bardziej stymulujące intelektualnie rozrywki. Tymczasem nigdy nie spotkałam faceta, który by ukrywał się po kątach ze swoim Xboxem, traktując rżnięcie po nocach w World of Warcraft za szczeniacką rozrywkę uwłaczającą dojrzałemu mężczyźnie.
Nigdy nie zdarzyło mi się też, żebym została wyśmiana przez mężczyznę ze względu na jakąś „babską” słabostkę. Ale Gunia już nie powstrzymała się od komentarza, kiedy kupiłam sobie na gwiazdkę książkę kucharską („Planujesz wyjść za mąż? W sensie... jakoś tak wkrótce?”). Dobrze, że widziała tylko trzy z sześciu książek, które kupiłam w ciągu tamtego tygodnia, bo byłabym towarzysko spalona. Albo ileż to blogowiczek jest z siebie dumnych, kiedy oświadcza, że nie są takie, jak inne dziewczyny w ich wieku, bo bardziej je interesują, no nie wiem, skoki narciarskie niż Paryski Tydzień Mody i zakupy, jakby to drugie było obciachowe. Albo mają dwadzieścia lat, nikt im nie każe w takim wieku rodzić, ale są takie dumne poświęcając się swojej karierze pracowniczki punktu ksero, że z podziwu godną konsekwencją krytykują wszystkie aspekty bycia matką, budując swoje spostrzeżenia na kanwie artykułów o mamach próbujących wrócić do pracy. Które, nota bene, też robią ze swoich bohaterek ciamajdy, bo jak inaczej określić panią X, która wypowiada się w pewnym tekście, że kiedy po trzech latach przerwy próbowała znowu zacząć regularny etat, na stosownym szkoleniu dowiedziała się, że ma problem ze ściskaniem rąk i brakiem gestykulacji. Zamiast się skupić, w pierwszej kolejności, na sprawdzeniu kwalifikacji, to rzeczywiście bardzo błyskotliwe chwalić się w „Metrze”, że, cytuję, „Już po pierwszym etapie szkoleń czuję się doceniona i pewna siebie; nie myślę, że coś ze mną jest nie tak, skoro pracodawcy mnie nie chcieli”, dwa akapity po tym, jak samemu się powiedziało o dyskwalifikujących z miejsca błędach popełnianych w CV.
Nigdy nie miałam nic przeciwko byciu traktowaną z takim lekkim pobłażaniem, zarezerwowanym dla wszystkich kobiet z ambicjami. Jakoś pochlebiała mi zmiana nastawienia, kiedy udowadniałam swoją wartość i rzeczywiście zasłużyłam sobie na opinię, zamiast mieć ją jakby z tytułu bycia mężczyzną. Jakoś nie mam problemu ze zrozumieniem, że każda z nas czuje się inaczej ze swoją tożsamością płciową. Autorka pewnego poczytnego, angielskojęzycznego bloga poświęconego „sztuce bycia kobiecą” (sic!) opublikowała niedawno listę pięćdziesięciu książek, które każda dziewczyna powinna znać. I nie była to literatura o której się rozmawia i docenia, ale poradniki o tak egzotycznie brzmiących tytułach, jak „Secrets of an Irresistible Woman: Smart Rules of Capturing His Heart” czy „Finding the Hero in Your Husband: Surrendering the Way God Intendend”. Toteż tak naprawdę coraz mniej rozumiem o co tak właściwie chodzi z manifestem programowym „Wysokich Obcasów” i ile kobiet rzeczywiście się pod nim podpisuje.

Link :: 18.01.2010 :: 19:39 Komentuj (0)
Słucham: ostatniej płyty Delain, którą powinnam była odkryć przynajmniej miesiąc temu i wrzucić do rocznego zestawienia, ale już za późno, chociaż „April Rain” jest wyjątkowo piękne

- Uwielbiam jer twardy – oświadczyła niespodziewanie Jola i kiedy obróciłam się w jej stronę zauważyłam, że głaszcze opuszką palca mój podręcznik do gramatyki staro-cerkiewno-słowiańskiej. – Jest taki słodki i kochany – dodała tonem wyjaśnienia, przyjmując rozczulający wyraz twarzy.
SCS już nigdy nie będzie taki sam.

Link :: 15.01.2010 :: 21:30 Komentuj (1)
Lecz ten jest mądry, kto nie brzydzi się żadnym charakterem, ale utkwiwszy w nim badawczy wzrok, przenika go aż do najpierwotniejszych przyczyn. Szybko się wszystko w człowieku zmienia; nie zdążysz się obejrzeć, kiedy już wyrósł wewnątrz straszny robak, despotycznie zagarnąwszy dla siebie wszystkie życiowe soki. I nieraz nie tylko wielka namiętność, ale i najnędzniejsza skłonność do czegoś drobnostkowego rozrastała się w człowieku zrodzonym do świetnych czynów, zmuszała do zapomnienia o wielkich i świętych obowiązkach i upatrywania w nędznych świecidełkach czegoś wielkiego i świętego. Nieprzeliczone jak morski piasek są namiętności ludzkie i żadna z nich nie jest podobna do innej, i wszystkie one, nędzne i piękne, z początku uległe człowiekowi, potem stają się strasznymi jego władcami. Błogosławiony ten, kto spośród wszystkich namiętności wybrał sobie najpiękniejszą; wzrasta i udziesięciokrotnia się z każdą godziną i minutą jego bezmierna rozkosz i wchodzi on coraz głębiej do nieskończonego raju swej duszy. Lecz istnieją namiętności, których wybór nie zależy od człowieka. Narodziły się już one wraz z jego przyjściem na świat i nie dano mu sił, żeby się od nich wyzwolić.”

(„Martwe dusze” Mikołaj Gogol)


Link :: 08.01.2010 :: 21:48 Komentuj (9)
Zanim zaczniemy, poniższa lista obejmuje ponad 50 nie tyle najlepszych, ile najciekawszych wydawnictw muzycznych ubiegłego roku według mojej, czysto subiektywnej selekcji. Jest wysoce prawdopodobnym, że połowa nazwisk i nazw zespołów które pojawią się poniżej, nie będą znane statystycznemu odbiorcy nie dlatego, ponieważ ma wąskie horyzonty, ale ponieważ to ja mam naturę odkrywcy i lubię ciekawostki. Opracowywałam ten spis przez całe dwanaście miesięcy, z benedyktyńską cierpliwością przesłuchując i komentując płyty, które zwróciły moją uwagę. Takie postanowienie noworoczne, można powiedzieć. Jedni chodzą na ryby, inni grają w „World of Warcraft”, ja lubię muzykę i muzyka jest jednym z moich ulubionych tematów. Jednocześnie nie oczekuję, że komukolwiek z zewnątrz moje zainteresowania wydadzą się interesujące, dlatego... moment, to MÓJ blog i jego celem było sprawianie MNIE frajdy, żebym na stare lata mogła popatrzeć z roztkliwieniem na imponujące archiwum, dlatego lojalnie ostrzegam, że to BARDZO długa, nawet jak na moje standardy, pisana przez cały rok notka o płytach. Niekoniecznie interesująca i odkrywcza.

50.
Sara May „Erotic Soul”
Osobiście uważam, że w polskim przemyśle muzycznym, wyróżniają się tylko dwie tak ordynarne w swoim wizerunku postacie, żeby już sam ich image, i to, co sobą reprezentują w programach telewizyjnych, radiowych czy działalności blogowej, odrzuciło mnie na odległość kija od miotły. Jedną jest Agnieszka Chylińska, która wydawała mi się o niebo bardziej interesująca, kiedy wrzeszczała do mikrofonu „Wypierdalaaaaj stąąąąąd!”, drugą jest Sara May.
Katarzyna Szczołek, pseudonim Sara May, jest znana głównie z tego, że prowadzi bloga na którym opluwa jadem większą część polskiego showbizu, co było wcale zabawne i intrygujące parę lat temu. W pewien czas później sytuacja stała się karykaturalna, bo kiedy już przyzwyczaiłam się do myśli, że May jest zjawiskiem czerpiącym z fenomenu Pereza Hiltona i bardziej felietonistką, niż wokalistką, Sara wydała drugą w swojej karierze płytę. I ta płyta, z której by strony na nią nie spojrzeć, dobra nie jest.
Najpierw świat ujrzał sesję zdjęciową promującą „Erotic Soul”. Sesję, w której jest skaj, półotwarte usta i zmysłowe w zamierzeniu przygryzanie palca, które sugeruje zaburzenia w fazie oralnej. Potem ukazał się teledysk, będący kwintesencją filmów na Polsacie po 24-tej w latach 90-tych, jak powiedział kiedyś pewien Internauta w rozmowie ze mną na temat wizerunku May. W końcu dorwałam się do płyty i to nie tylko jest nudne, wtórne i pozbawione jakiejkolwiek seksowności, ale zwyczajnie tandetne i bazarowe. Jednocześnie Sara naprawdę przestała przebierać w słowach na swoim blogu i to już nie jest prowokujące i aroganckie, ale zwyczajnie prostackie, chamskie i odarte z błyskotliwości. Wspominając starsze wpisy Sary, myślałam, że ktoś, kto uważa za szczyt muzycznego wyrafinowania zaocznie zrobiony licencjat i fascynację Natalie Cole, będzie miał wystarczająco narcystyczny stosunek do samego siebie, że nie zniży się do krytykowania ludzi z branży określeniami „smroda” czy „cipka niewydymka”, które w zasadzie wyczerpują temat i nie zostawiają miejsca na rozsądną argumentację. Byłam w błędzie i w tym momencie nie czuję się najlepiej ze świadomością, że Szczołek prawdopodobnie osiągnęła swój PRowy cel, skoro ludzie komentują jej kontrowersyjne zachowanie z równą żarliwością, z jaką przed rokiem dyskutowano o wartościach artystycznych reprezentowanych przez „Marię Awarię”. Z tą różnicą, że Peszek wydaje mi się wokalistką bezkonkurencyjnie lepszą i bardziej wyrazistą niż Sara May kiedykolwiek będzie. Jednakowoż jestem pełna podziwu dla samozaparcia Szczołek, które pozwala jej przetrzymać te wszystkie negatywne, krytykujące, czy wręcz obelżywe komentarze, jakie ludzie dodają pod jej notkami. Takie stężenie wrogości, mnie, na przykład, doprowadziłoby do płaczu i samozapłonu ze wstydu. A May to wytrzymuje i robi swoje, czy innym się to podoba czy nie. Ostatecznie widziałam w zeszłym tygodniu jej „Erotic Soul”, które nie jest ani dobrym popem, ani dobrym r’n’b, ani nawet ciekawą alternatywą na półce w Saturnie, więc może sława za wszelką cenę po prostu jej odpowiada.

49.
Agnieszka Chylińska „Modern Rocking”
„Chcę byś mnie miaaał, chcę byś mnie miaaał.” Nie, zdecydowanie nie lubię Agnieszki Chylińskiej ściągającej z Madonny i kreującej się na bożyszcza tłumów w TVN. Ta płyta nawet nie jest przeciętna i przez wszystkie piosenki byłam raczej porażona poziomem taniej żenady, niż w jakikolwiek sposób pozytywnie zaskoczona zmianą wizerunku.

48.
Lily Allen „It’s Not Me, It’s You”
Podobno poniekąd dzięki Lily Allen odkryto Kate Nash. To znaczy, że ta kobieta jednak zrobiła coś dobrego dla muzyki, bo jej płyta jest nudna, wtórna, banalna i nie znalazłam w niej nic, co chciałabym usłyszeć jeszcze raz. Dziewczyna stała się popularna i zanim sama odsłuchałam jej wydawnictwa myślałam, że świat ujrzał bardzo utalentowaną gwiazdkę, tymczasem ani tego posłuchać, ani potańczyć, czyli trochę nieużytecznie.

47.
Yeah Yeah Yeahs „It’s Blitz!”
Żeby była jasność, moim zdaniem, to nie jest najlepsza płyta w dorobku YYY, chociaż podobno fani zespołu ją uwielbiają i generalnie krążek zapewnił Karen O i chłopakom wysokie dziewiąte miejsce w tegorocznych rankingach last.fm. Osobiście uważam, że „It’s Blitz!” nie jest nawet blisko tego poziomu, jaki kapela osiągnęła na wysokości płyty „Show Your Bones” trzy lata temu, ale nie jestem ani fanką zespołu, ani miłośniczką indie, więc trudno mi powiedzieć, kiedy indie rock jest dobry, kiedy zły, a kiedy zwyczajnie przeciętny. Ten tutaj prawdopodobnie jest świetny, skoro cieszy się taką popularnością, ale ja tego nie dostrzegam.

46.
Utada „This Is The One”
Utada (dla odbiorcy amerykańskiego) czy też Utada Hikaru (dla odbiorcy azjatyckiego), to piosenkarka, która ma jeden z lepszych głosów w branży j-popowej, ogromne poparcie fanów, całkiem dużą popularność i przyzwoitą sprzedaż płyt, a ponieważ zaczęłam spotkania z jej muzyką od najlepszego krążka w karierze, jestem nastawiona bardzo pozytywnie. Co niestety przekłada się na pewne oczekiwania, których tym razem Hikki nie udało się spełnić, bo „This Is The One” jest prawdopodobnie najgorszą płytą jaką nagrała kiedykolwiek, licząc krążki angielsko- i japońskojęzyczne. Utada zawsze umiejętnie żonglowała popem i r’n’b, ale słuchając tego wydawnictwa nie mogłam pozbyć się wrażenia, że producent pod każdy utwór podłożył to samo bounce-bounce z opłakanym skutkiem. Po dłuższym namyśle, okładka też jest wyjątkowo do kitu, ale ponieważ Utada nagrywała wcześniej naprawdę genialne piosenki, odsyłam do „Exodus” sprzed pięciu lat i zeszłorocznego „HEART STATION”, które podbiłoby moje ubiegłoroczne zestawienie, gdybym już wówczas wiedziała o jej istnieniu. Zresztą, to też interesujące zjawisko, że jej japońskie płyty są radośnie popowe i bezpretensjonalne, a amerykańskie idą w r’n’b z różnym skutkiem.

45.
Asuna „Flowers”
W ciągu ostatnich dwunastu miesięcy wyszukałam bardzo dużo muzyki eksperymentalnej. Coś, co nie tylko nie jest promowane w obrębie wykonawcy, ale zasadniczo jest bardzo mało popularne jako gatunek. Doszłam do wniosku, że jeszcze niedawno określałam jako eksperymentalne utwory, które bardzo silnie chyliły się ku mainstreamowi i nie były aż tak inne od radiowych hitów w porównaniu z działalnością muzyków takich, jak Asuna. To jedno z bardziej oryginalnych wydawnictw, które weszły do sprzedaży w 2009-tym i chciałabym móc powiedzieć, że artysta nie jest reklamowany ponieważ jest bardzo wymagający i trudny w odbiorze, ale moja ciekawość ukierunkowana na underground ma swoje granice. Asuma nagrał niepowtarzalną płytę na której z żelazną konsekwencją trzyma się swojej koncepcji artystycznej, na którą nie pozwoliłaby mu żadna skoncentrowana na sprzedaż w milionach egzemplarzy wytwórnia, ale nie jestem przekonana, czy podoba mi się takie żonglowanie dźwiękami.

44.
Ayumi Hamasaki „Sunrise / Sunset”
Pierwszy singiel zapowiadający planowaną na 2010-ty rok płytę jest przerażająco słaby, towarzyszy mu ohydna sesja zdjęciowa i badziewny teledysk trochę w stylu wakacyjnych hitów z połowy lat ’90-tych. Chociaż Ayumi, od momentu kiedy poznałam jej muzykę, zaskarbiła sobie moją sympatię i potrzeba bardzo dużo, żeby coś mi się całkowicie nie podobało, ten singiel osiągnął odpowiedni poziom dziadostwa. Jest źle.

43.
Leaves’ Eyes „Njord”
Może podeszłabym to tej płyty dużo krytyczniej, gdyby Within Temptation wydało coś lepszego niż słabiutki akustyczny albumik, ale ponieważ mój ulubiony zespół z gitarami i kobietą na wokalu sprezentował mi odgrzewane kotlety w niefajnych aranżacjach, dałam duży kredyt Leaves’ Eyes i dobrze zrobiłam. „Njord” jest odrobinę infantylne i przewidywalne, ale bardzo przyjemnie się tego słucha, a poza tym na pewno wygrywa w przedbiegach z ostatnimi dokonaniami Nightwish czy Epiki. Chociaż, ups, to może dlatego, że ja po prostu nie lubię tych dwóch ostatnich ;)

42.
Reni Jusis „Iluzjon”
Nie wystarczy usiąść przy fortepianie i naprawdę spektakularnie obrobić zdjęcie pod okładkę krążka, żeby uczynić płytę wybitną. „Iluzjon” był naprawdę miłą niespodzianką, odważnym projektem i wielkim zwrotem w karierze, ale łagodne dźwięki instrumentu wcale nie dają automatycznej przewagi nad elektroniką, w której Jusis specjalizowała się od początku swojej kariery. Ciężko byłoby oczekiwać od dojrzałej i ewoluującej artystycznie kobiety kolejnej „Zakręconej” i fikuśnej fryzury, ale jedno bardzo ładne „Delirium” i liczona na plus najpiękniejsza polska okładka płytowa tego roku, to trochę za mało, żeby eksperyment uznać za stuprocentowo udany. Równowaga w przyrodzie jednak została zachowana – diva polskiej muzyki elektronicznej dotknęła dłońmi klawiszy, a Agnieszka Chylińska popełniła „Modern Rocking”.

41.
Thao with The Get Down Stay Down „Know Better Learn Faster”
Amerykański indie folk rock z Wietnamką na mikrofonie. Tak absurdalnie pozytywna muzyka, że chociaż to nie moje klimaty, stylistyka przypomina bardzo fajną konwencję Hello Saferide ze Szwecji, którym zachwycałam się w zeszłym roku. Miłośnikom indie powinno się spodobać, reszta powinna wiedzieć tylko tyle, że bezpretensjonalność Thao with The Get Down Stay Down podeszła mi dużo bardziej, niż Yeah Yeah Yeahs.

40.
Nana Kitade „Bondage”
Nana była jedną z moich pierwszych wielkich, azjatyckich fascynacji, a „Kesenai Tsumi” jest nadal jedną z najlepszych piosenek, jakie kiedykolwiek wpadły mi w ucho. Ale to coś jest przerażające. Nawet jak na nią, bo niestety, dźwięków jakie dziewczyna wydaje, próbując brzmieć słodko, nie da się opisać. Nana Kitade ma bardzo wyrazisty styl, ale w zasadzie nigdy nie zrobiła czegoś naprawdę rewolucyjnego, dopóki nie wydała „Bondage” – płyty, która wciąż nie jest żadnym przełomem, ale pomijając, że to bardzo sympatyczny krążek do przytupywania nóżką, otwiera go przerażające i schizofreniczne intro, które zostawiło mnie z kolokwialną koparą przy ziemi na kilka długich minut.

39.
Ayumi Hamasaki „You were... / BALLAD”
Drugie promo utrzymane w nastroju tradycyjnej ballady na długie, zimowe wieczory jest niewiele lepsze niż hicior na lato, nie wpada w ucho i nie mogę już PATRZEĆ ani na sesję zdjęciową, ani kompletnie oderwany od rzeczywistości teledysk. Jakąkolwiek płytę na 2010-ty zapowiadają ten singiel i „Sunrise / Sunset”, poważnie wątpię, czy będę w stanie ją polubić.

38.
Florence + The Machine „Lungs”
Florence mieszka w mojej lodówce. Zachwyty nad „Lungs” są na porządku dziennym. Gunia uwielbia tę płytę i chociaż scena niezależna bardzo rzadko szczyci się takimi dokonaniami, jestem niebezpiecznie blisko stwierdzenia, że ten krążek z jakiegoś powodu jest tym samym dla indie, co „The Fame” Lady GaGi dla popu. Przyznaję, że to bardzo ciekawa, świeża muzyka, ale dawno niczyj wokal tak mnie nie irytował i nawet nie potrafię rozsądnie wyjaśnić, dlaczego tak się stało. Po prostu odnoszę wrażenie, że Florence krzyczy do mikrofonu zamiast śpiewać, a ponadto kompletnie nie rozumiem tego poczucia humoru, który objawia się w tekście do „Kiss With A Fist”. Na scenie niezależnej występuje dużo o wiele bardziej utalentowanych niż Florence wokalistek, które są nieporównywalnie mniej znane i wystarczy wspomnieć silnie osadzoną w folku twórczość Basi Bulat, czy obdarzoną pięknym, łagodnym głosem rudowłosą Holly Brook, która zaczęła koncertować w wieku piętnastu lat, trzy lata temu wydała zachwycającą płytę „Like Blood Like Honey”, a jest rozpoznawana przez relatywnie niewielkie grono odbiorców. Uważam, że Florence + The Machine nie zasługuje nawet na połowę tej uwagi, jaką się im poświęca, ale dokładnie to samo zdanie miałam na temat Amy Winehouse, która już przestała być taka modna i promowana na wszelkie możliwe sposoby, więc pozostaje mi mieć nadzieję, że „Lungs” już wkrótce przestanie być reprezentacyjnym krążkiem muzyki niezależnej z kobietami na wokalu. Z całej płyty naprawdę spodobały mi się wyłącznie: „Rabbit Heart (Raise It Up)”, „Cosmic Love” i „Hurricane Drunk”, reszta mogłaby, dla mnie przynajmniej, w ogóle nie istnieć.

37.
Atari Kousuke „Koi” & „Sora ga Sora”
Ten pan jest jednym z tych muzyków, których nie kojarzy nawet wielu azjofilów. Zresztą, w zeszłym roku pisząc o artystach, których żaden dystrybutor nie zdecydował się promować w Polsce, przeczytałam w komentarzu, że jestem oderwana od rzeczywistości i ograniczona kulturalnie, więc kiedy zaczęłam wpisywać w edytor tekstowy opinię na temat tych dwóch singli, przez chwilę przeszło mi przez myśl, żeby oszczędzić sobie wysiłku i zrecenzować reedycję krążka Lady GaGi. (Nawet trochę lubię GaGę i znam jej debiutancką płytę, ale niekoniecznie mam ochotę na częstsze z nią spotkania, a ponadto i tak wolę Britney i Lindsay.) Jednak chęć na pochwalenie się nową wiedzą okazała się silniejsza, więc tak, jestem przewidywalna, oderwana od rzeczywistości i ograniczona kulturalnie. Od kiedy odkryłam folk, trochę się nakręcam nowościami z tego pola, a ten pan niby nagrywa od dziesięciu lat, ale na koncie ma trzy płyty, jeden mini-album i, jeżeli pamięć mnie nie myli, dokładnie siedem singli z czego dwa wydane w 2009-tym. Nie wiem, czy daje radę się z tego utrzymać, ale naprawdę się cieszę, że nadal tworzy, ponieważ konsekwentnie trzyma się stylu, który nie jest częstym zjawiskiem w przemyśle.
Żeby zrozumieć, dlaczego muzyka sygnowana nazwiskiem Atari jest tak wyjątkowa, będzie potrzebny krótki rys historyczny. Wszyscy, którzy chodzili ze mną szkoły wiedzą, że historia nie jest moją działką. Zapamiętywałam dziesiątki ciekawostek, ale jeżeli lista dat do wyuczenia przekraczała dwadzieścia, zaczynały się schody. Aczkolwiek mam wrażenie, że może to mieć coś wspólnego z moją tendencją do otwierania zeszytu przedmiotowego na godzinę przed sprawdzianem. Jako historyczny ignorant, jeszcze kilka dni temu nie miałam pojęcia o królestwie Ryūkyū, które zakończyło istnienie po czterystu latach jednoczenia wysp wokół Okinawy w XIX wieku i wykształciło obok swojej lokalnej kultury kilka dialektów. Pan Atari Kousuke, którego aranżacje brzmią jak zwykły mainstream, śpiewa jednak w sposób tak dziwaczny i specyficzny, że od pierwszego utworu węszyłam folklor. Spędziłam ładny kawałek moich Świąt czytając o instrumentach i metodach wokalnych tradycyjnej muzyki królestwa Ryūkyū. Nie jestem przekonana, czy naprawdę mi się to podoba, czy tylko jestem zafascynowana nową zabawką, ale nawiązania do klasycznej muzyki z Okinawy na tle „bezpiecznej”, łatwo przyswajalnej instrumentacji i tak brzmią inaczej niż to, do czego przyzwyczaiły mnie rozgłośnie radiowe.

36.
Kerli „The Creationist”
Początkowo nie byłam do końca przekonana, czy powinnam umieścić w rankingu ten bardzo skromny singiel promujący wydaną rok temu płytę „Love is Dead”. Ale ponieważ Gunia odkryła tę estońską gwiazdę sceny synth-popowej zaledwie kilka miesięcy temu, nie dając mi szansy na umieszczenie Kerli w zeszłorocznym zestawieniu, zdecydowałam się na rozpromowanie jej teraz. „The Creationist”, który zawiera na płycie tylko i wyłącznie tę jedną piosenkę, która TAK – jest bardzo dobra, ale NIE – nie jest najlepsza w dorobku, jest singlem promocyjnym, który ukazał się we Włoszech. Okładka jest wyjątkowo nieciekawa, biorąc pod uwagę, jakim arcydziełem czerpiącym z „Gnijącej panny młodej” Burtona był artbook płyty, ale i tak bardzo się cieszę, że twórczość Kerli, która nawiązuje w równej mierze do Björk, co Emily Autumn i Lykke Li, przebyła drogę z Estonii do Włoch i mam nadzieję, że na tym się nie zatrzyma.

35.
Urbangarde „少女都市計画”
Muszę zapytać Basię, jak to się czyta i co oznacza. Jestem prawie pewna, że nawet moi najbardziej otwarci znajomi, nie słyszeli jeszcze czegoś TAKIEGO. Ewka bardzo dyplomatycznie użyła określenia „dziwne” wypowiadając się o zespole, ale jeżeli nie macie zamiaru wypróbować Urbangarde na sobie, musicie mi uwierzyć na słowo, że istnieje galaktyczna przepaść pomiędzy dziwną muzyką, a tą płytą. Musiałam sprawdzać, co to jest chiptune, żeby zrozumieć, dlaczego ta ich elektronika tak przerażająco brzmi. Odkąd odkryłam toytronic, nie sądziłam, że jeszcze cokolwiek będzie w stanie mnie do tego stopnia zadziwić poziomem ekscentryczności. A tu proszę, taki Alvin i Wiewiórki dla dorosłych.

34.
Ai Aso „あいだ”
Post-psychedelic folk pop, dream pop, shoegaze – fani nie są jednoznaczni w określeniu gtunku uprawianego przez Ai Aso. Bardzo oryginalna solistka z gitarą. Nie mogę powiedzieć, żebym zakochała się w tej muzyce od pierwszych dźwięków, ale jest to twórczość utrzymana w klimacie, z jakim nie stykam się specjalnie często. Prawdopodobnie głównie dlatego, że niespecjalnie gustuję w shoegaze i nie sądzę, żebym w najbliższej przyszłości zaczęła. Ai Aso ma w sobie coś z boginki, ale jeszcze nie zdecydowałam, czy rozkochała mnie w sobie, czy tylko zaczarowała na krótką chwilkę.

33.
NICO Touches the Walls „Aurora” & „Big Foot”
NTtW są aktualnie na fali, dzięki promowaniu swoich utworów w anime o raczej wysokiej oglądalności, ale bardzo dobrze, że udało im się wydać płytę, która, całe szczęście, zawiera więcej niż dwie-trzy dobre, wpadające w ucho piosenki. To bardzo przyjemny soft-rockowy krążek, który byłby jeszcze lepszy, gdyby wokalista wziął stosowne lekcje i przestał śpiewać gardłem, jak Bill Kaulitz. Ale pomijając tę jedną złośliwą uwagę, jestem pełna podziwu. „Aurora” na pewno nie jest najlepszą płytą w swojej kategorii tego roku, ale jest niebywale przyjemna w odbiorze i bardzo dobrze rokuje na przyszłość. Pomijając dwa studyjne nagrania z ostatniej płyty zespołu, którą „Big foot” o objętości solidnego mini-albumu promuje, na singlu chłopaki z NICO Touches the Walls umieścili pięć wykonań koncertowych, w tym jeden, który szczególnie chciałam usłyszeć. Nawet jeżeli momentami wokalista bardziej miota się po scenie wrzeszcząc do mikrofonu, niż faktycznie śpiewa, to tak czy inaczej chciałabym zobaczyć taki energetyzujący koncert na żywo i może nawet byłabym skłonna poskakać pod sceną. NICO Touches the Walls jest też jednym z moich najciekawszych rockowych odkryć anno domini 2009.

32.
Nana Kitade „tsukihana”
Na szczęście dla Nany, nie dosyć, że jej piosenka promowała „Bondage” przez dwadzieścia sześć odcinków trzeciego sezonu „Jigoku Shoujo” (woo-hoo), to jeszcze rzeczywiście artystka wybrała na singiel najlepszy utwór z całej płyty (chociaż teledysk jest kompletnie nieprzemyślany) i dorzuciła bardzo udane b-side’y. Pewno już nigdy nie będę lubić Kitade tak bardzo, jak trzy lata temu, ale jestem dumna, że moje pierwsze japońskie muzyczne zauroczenie wydało tak dobrze wypieczony singiel.

31.
Do As Infinity „Eternal Flame”
Muzyka sama w sobie to sympatyczny pop-rock, który miał swoje lepsze i gorsze momenty, odkąd grupa zadebiutowała w 1999 roku, ale w wielkim powrocie grupy po trzech latach od zawieszenia działalności, nadal najlepszy jest głos wokalistki, Tomiko Van, który brzmi, jak połączenie Tiny Turner, Sheryl Crow i Joss Stone. Mieli już bardziej udane płyty, ale w obliczu zakończenia kariery na dobre i tak jestem zadowolona, że zdecydowali się na powrót.

30.
Rurutia „Seirios”
Fani japońskiej muzyki popularnej, którzy konsekwentnie wstydzą się swoich upodobań, lubią asekuracyjnie zasłaniać się Rurutią, ponieważ jest ona artystką z jednej strony j-popową, ale jednak rzeczywiście słyszy się w jej twórczości sporo jazzu, chilloutu czy wpływów celtyckich. Kobieta, której głos na płytach brzmi czarująco delikatnie i niemalże ezoterycznie, jednak bez specjalnej siły czy ruchliwości, jest określana jako ogromna osobowość artystyczna i faktycznie dużo w tym prawdy, biorąc pod uwagę konsekwencję w procesie twórczym czy trzymanie swojego życia prywatnego z daleka od przemysłu muzycznego i jego nierzadko nieetycznych metod promocji. Aczkolwiek „Seirios” nie jest aż tak genialne i fenomenalne, żeby nie przejadło się po kilku odtworzeniach. Chociaż to bez wątpienia bardzo dobra i interesująca płyta z ładnym, greckim tytułem, to jednak nie do końca wpadła mi w ucho. Chociaż z drugiej strony, utwór tytułowy, „Opus”, a w szczególności genialny i zdecydowanie najlepszy na krążku „流光” (jakkolwiek się to czyta i cokolwiek znaczy), mogą posłużyć za dobry wstęp do poznawania muzyki wyżej wymienionej.

29.
Utada Hikaru „Beautiful World -PLANiTb Acoustica Mix-” (Digital Single)
Jeden z najlepszych utworów Utady w nowej aranżacji, promujący przy okazji kolejną odsłonę „Neon Genesis Evangelion”, nie mógł przejść przeze mnie niezauważony. A fanom anime wystarczy powiedzieć, że ja jestem z TYCH, którzy dwa ostatnie odcinki NGE uważają na jedno z największych dokonań azjatyckiej animacji, co podobno jest trochę przerażające i snobistyczne. W każdym razie to NAPRAWDĘ dobra piosenka i nic na to nie poradzę, że zasługuje na wszystkie superlatywy, jakimi gotowa jestem ją obrzucić.

28.
Netta Brielle „Electrik Rebel Sounds - The EP”
Osobiście uważam się za osobę o raczej eklektycznym guście, ale na pewno nie słucham „wszystkiego”, a granicę mojej tolerancji wyznacza właśnie r’n’b, hip-hop i rap z bardzo nielicznymi wyjątkami z których jednym jest właśnie EP Netty Brielle. Netta Brielle to w ogóle bardzo ładne imię i nazwisko. Na pewno nie przekonała mnie ona do gatunku jako takiego, bo wciąż nie mogę pozbyć się wrażenia, że Beyonce bardziej trzepie włosami niż śpiewa, a Mariah Carey im bliżej trzyma się popu, tym lepiej ją trawię, ale „Electrik Rebel Sounds” jest naprawdę bardzo dobre, chwytliwe i dobrze wyprodukowane. Życzymy tej pani powodzenia, bo naprawdę nie mogę doczekać się jej dalszych dokonań!

27.
MiChi „Kiss Kiss xxx”
MiChi robi dużo świetniej muzyki to tańczenia, ale o tym będzie później, bo w tym singlu chodzi głównie o cover „Smells like teen spirit” Nirvany, który zachował swój pazur, chociaż artystka zrobiła z niego pierwszoligowe elektro do skakania po parkiecie. Do tej pory byłam skłonna uznać interpretację Tori Amos za najlepszy hołd dla Cobaina i jego muzyki, ale zaledwie o cztery lata starsza ode mnie Azjatka z brytyjskimi korzeniami zrewidowała moje poglądy. W ogóle jestem zła, bo jedna z niewielu muzyków na świecie, którzy mają predyspozycje, żeby nawrócić mnie na słuchanie elektroniki i głównie elektroniki, dała koncert w Niemczech pod koniec ubiegłego miesiąca, a mnie ani na niego nie było stać, ani nie miałam specjalnej ochoty tłuc się bezpośrednio po Świętach po zagranicznych klubach.

26.
James Horner „Avatar”
Moje pierwsze spotkanie z muzyką Jamesa Hornera? Kaseta magnetofonowa z soundtrackiem do „Titanica”, kupiona pod koniec ubiegłego stulecia. Prawdopodobnie spiracona, bo zapłaciłam za nią na straganie odpustowym niecałe dwie dychy. Nigdy nie przesłuchałam jej w całości, zainteresowana wyłącznie „My Heart Will Go On”. Konsekwentnie przewijałam kasetę na początek, żeby posłuchać Celine Dion, a instrumentacje w ogóle mnie nie interesowały. Do dzisiaj nie mam pojęcia, jak właściwie brzmi muzyka z „Titanica” oderwana od filmu, ale nie mogę powiedzieć, że jakoś szczególnie mnie to interesuje.
Muzyka w „Avatarze” nie od razu przykuła moją uwagę. Początkowo niespecjalnie mi się podobała, a kiedy w końcu usłyszałam coś, co zaczynało wpadać w ucho, ścieżka dialogowa i w ogóle hałas przytłumiły soundtrack. Ale jestem pewna, że nie podobała mi się Leona Lewis na napisach. Sam soundtrack dobry, ale po kilku odsłuchaniach i bliższym poznaniu ani nie wybitny, ani nie oryginalny. Podobno masa ludzi się nim zachwyca, kompletnie ignorując wcześniejszy dorobek kompozytora, ja jednak nie jestem przekonana, czy to rzeczywiście jest szczytowe osiągnięcie Hornera. Przyznaję, że miałam trochę większe oczekiwania dotyczące filmu z całym dobrodziejstwem inwentarza. Pierwsze cztery utwory z płyty nie podobają mi się wcale, z późniejszych „Scorched Earth” chyba najlepsze.

25.
Within Temptation „An Acoustic Night At The Theatre”
Nawet gdybym przemilczała fakt, że najnowsza piosenka zespołu jest radiowym hitem, który już z pięć razy słyszałam w Żabce, dalej nie byłabym w pełni przekonana do tego albumu. Zeszłoroczne wydanie koncertowe było spektakularnym przedsięwzięciem w teatralnej oprawie ładnych sukienek, pirotechniki i orkiestry w tle, ale ta akustyczna płyta jest bardzo przeciętna, a aranżacje w wersji unplugged dla utworów, które w oryginale mają dużo gitar, perkusję i w ogóle imponujący pazur, naprawdę nie reprezentują sobą nic przesadnie dobrego. Nadal dyplomatycznie nie wyrażając swojej szczerej opinii na temat „Utopii”, która nie ma już nic wspólnego z łagodną muzyką rockową, do której zespół ewoluował startując przed laty od doom metalu i konsekwentnie pokorniejąc, sporo utworów byłam skłonna uznać za udane, bo lubiłam wersje oryginalne i ponadto mam bardzo dużo szacunku dla umiejętności wokalnych Sharon del Adel. Ale gdyby nagrał to jakikolwiek inny zespół, którego nie byłabym fanką, prawdopodobnie nie byłabym tak łagodna w osądach. Tak samo, jak nie miałam oporów przed skrytykowaniem koncepcji KoRn Unplugged, gdzie charakterystyczny głos Jonathana kompletnie nie współgrał z subtelnym rzępoleniem na gitarze akustycznej w tle, tak nie będę ukrywać, że sam fortepian i sopran liryczny Sharon pięknie się uzupełniają w balladach, ale ta tendencja niestety nie przekłada się na całokształt twórczości.

24.
Kalafina „Storia” & „Progressive”
Nowy materiał podoba mi się jakby trochę mniej od tego, czym dziewczyny powaliły mnie na kolana na początku swojej kariery, ale to wciąż jedne z najbardziej utalentowanych japońskich wokalistek. One naprawdę potrafią śpiewać, mają za plecami wspaniałą kompozytorkę i nie robią nic żenującego, żeby się wypromować. Powiedziałabym, że ich wcześniejsza twórczość, która lubiła ocierać się o eksperymenty, wydaje mi się dojrzalsza i ciekawsza, ale utwory promujące planowaną płytę nadal są warte uwagi. Szczególnie singiel „Progressive”. Wciąż mówimy o rzeczywistych, nieprzetworzonych talentach z imponującą skalą i siłą głosu, które mieszają tradycje folklorystyczne z mainstreamem, gitarami i nawiązaniami do opery. Rzadkie połączenie przykuwające uwagę.

23.
Various Artists „New Moon” OST
Bądźmy ze sobą szczerzy. Pomimo ohydnej okładki, będącej jednocześnie koszmarnie obrobionym plakatem do „Księżyca w nowiu” (też zauważyliście, że Bella ma jakoś dziwnie wyretuszowane biodro?), ta płyta zawiera sporo dobrej muzyki, która nigdy nie była intensywnie promowana drogą radiową. Jest faktem, że fani Muse psioczyli na zalew „prawdziwych fanów” zespołu, wielbiących „Supermassive Black Hole” wyłącznie dlatego, że kojarzyli utwór z pierwszej ekranizacji, ale konotacje z zarabiającymi majątek filmami na kanwie powieści Mayer prawdopodobnie bardzo dobrze wpływają na wysokość sprzedaży płyt, więc nie można mieć pretensji... Okej, ja jestem trochę zawiedziona, że moja skandynawska bogini Lykke Li sprzedała na potrzeby tej kompilacji swoje „Possibility”, które, chociaż wcale nie jest jej najlepszą piosenką, od razu wskoczyło na szczyt rankingów last.fm, ale rozumiem motywy. Poza tym, chociaż moja opinia o „Twilight” w każdym wydaniu jest bardzo krytyczna, nie mogę udawać, że film ma złą oprawę muzyczną, bo niestety w równej mierze ścieżka dźwiękowa Desplata, co piosenki z tego wydawnictwa są w rażącej większości bardzo dobre i cieszę się, że je usłyszałam, aczkolwiek pozostaje pewien niesmak, że Lykke Li, Muse czy duet Bon Iver i St. Vincent zaliczą lawinę twiretardsów, podniecających się pojedynczymi utworami tych artystów tak samo, jak nakręcają ich świecące w słońcu wibratory (ofertę znalazła Gunia) czy majtki z ustami Pattisona w kroku (ofertę znalazłam ja i jeszcze nie wyszłam z szoku).

22.
Ayumi Hamasaki „Sparkle / Rule”
„Days / GREEN” zapowiadało dobrą płytę, a ten singiel tylko podsycił mój apetyt, chociaż „Rule” zostało wykorzystane w kwiczącej (bo nawet nie wołającej) o pomstę do nieba amerykańskiej ekranizacji „Dragon Balla”. „Sparkle” natomiast, zostało okrzyknięte w równej mierze przez fanów, co lożę szyderców Ayumi, za jedną z najlepszych piosenek Hamasaki w ostatnich latach. Chociaż, z drugiej strony, od razu pojawiły się też słowa krytyki, jakoby teledysk kopiował z Lady GaGi i lateksowego wdzianka Britney z czasów „Ooops... I did it again”. Na singlu znajdują się jeszcze śliczne, akustyczne wersje „GREEN” i „Days”, toteż generalnie mucha nie siada i jako fan czuję się dopieszczona. Pomijając krzywdę, jaką wyrządził Ayumi pomysłodawca okładki.

21.
Aneta Langerová „Jsem”
Ostatecznie jestem fanką języków słowiańskich, dlatego nie mogłam nie zauważyć postaci Anety na europejskiej scenie muzycznej. Tym bardziej, że to jedno z moich ulubionych imion kobiecych. Langerová jest w Czechach z grubsza tym samym, kim Ania Dąbrowska u nas, chociaż w szerszej perspektywie widać w jej twórczości i wizerunku inspirację Alanis Morissette. Aneta wygrała pierwszą edycję czeskiego odpowiednika „Idola” i od tamtej pory wydała trzy płyty. Jedną otwiera cover „Żałuję” Flinty, co bardzo mnie zaskoczyło przy pierwszym podejściu. Drugi książek zatytułowany „Dotyk” nie podobał mi się aż tak bardzo, jak debiutacki „Spousta andělů”, ale tegoroczne „Jsem” jest cudowną, spójną, bardzo melodyjną i dopracowaną płytą, która znowu przynosi na myśl Alanis Morissette z tą różnicą, że wybierając pomiędzy tymi dwoma, zdecydowanie wolę Anetę.

20.
Tori Amos „Midwinter Graces”
Tori na Święta. Bardzo ładne, spójne i klimatyczne wydawnictwo z odrobiną jazzu („Pink & Glitter”) i pięknym, jeśli nie przepięknym „Winter’s Carol” na zakończenie. Nie, to nie jest najlepsza, czy nawet jedna z lepszych płyt Amos, ale przyjemnie się tego słucha.

19.
Namie Amuro „Past < Future”
The queen of hip-pop is back! Chociaż nawet ona zaczyna odchodzić od silnie nawiązującej do r’n’b stylistyki, ewoluując w stronę coraz popularniejszego elektro. To na pewno nie jest najlepsza płyta w jej karierze, ale wyszło dużo lepiej niż się spodziewałam. Namie jest zachwycająca już na swojej najlepszej okładce, a sama koncepcja fotografii promocyjnych zasługuje na pochwałę. To nie jest doskonała płyta, bo skróciłabym ją o trzy najsłabsze utwory, ale te dziewięć pozostałych naprawdę wpada w ucho. Nie bez powodu Amuro znajduje się w ścisłej czołówce moich ulubionych wokalistek j-popowych. To nie tylko bardzo zdolna piosenkarka, ale też wyjątkowo utalentowana tancerka, której choreografie robią równie duże wrażenie na teledyskach, co na koncertach. Rok temu wydestylowała z „WHAT A FEELING” czystą elektronikę, przy słuchaniu której nie da się nie przytupywać nogą, a na „Past < Future” wykorzystuje sample przywodzące na myśl muzykę z filmów szpiegowskich z lat ’60. Jednocześnie nadal mnie śmieszą przejścia Amuro z fonetyką języka angielskiego, bo mimo, że wiem iż w tekście „WILD” znajduje się „what’s the matter, what’s the matter”, ja i tak słyszę „watermelon, watermelon”.

18.
Akira Senju „Fullmetal Alchemist: Brotherhood OST”
Fani w oczekiwaniu na premierę nowego FMA spekulowali miesiącami, kto ze starej ekipy zostanie w obsadzie, jakie studio się podejmie pracy, jak bardzo zmienią się projekty postaci i, w końcu, kto będzie kompozytorem ścieżki dźwiękowej. Pani Michiru Oshima dla pierwotnej ekranizacji napisała trzypłytowy soundtrack, który przez wielu fanów serii jest uważany za muzyczną doskonałość, dającą bachusowską rozkosz nie do przebicia przez żadnego innego twórcę. Dosyć długo byłam przekonana, że producenci zostaną przy starej muzyce, ale potem pojawiło się nazwisko Akira Senju i nagle stałam się sceptyczna. Powiem szczerze, że nie mam pojęcia, na jakiej podstawie kompozytor z przyzwoitej objętości dorobkiem, który jednak przez lata działalności nie przyniósł mu większej popularności, dostał pracę przy jednej z najbardziej oczekiwanych premier anime ubiegłego roku. Senju napisał swój pierwszy soundtrack ponad dwadzieścia lat temu, trzykrotnie był nominowany do Japan Academy Prize, ale brakowało w jego CV jednego, naprawdę rozpoznawalnego dzieła, które zapowiadałaby to, co napisał dla FMA. Okazało się bowiem, że człowiek którego znałam głównie z bardzo słabego wkładu w płytę z aranżacjami symfonicznymi dla utworów oryginalnie będącymi muzyką popularną, zaskoczył mnie ścieżką dźwiękową, która roztrzaskała moją szczękę o podłogę. A kiedy już udało mi się pozbierać, chóralne „Lapis Philosophorum” zabiło mnie po raz drugi. Jestem bezwzględnie i niezaprzeczalnie zakochana w tej ścieżce dźwiękowej. W serii też, bo do końca nie wierzyłam, że ktokolwiek z jakimkolwiek scenariuszem będzie w stanie dorównać pierwszej ekranizacji.

17.
MiChi „Up to You”
To jest najlepsza płyta taneczna 2009-ego roku. Mam bardzo niską tolerancję na muzykę klubową, którą podobno są trwające dziesięć minut remiksy, czy inne seksowne zawodzenie od którego mam ochotę się upić i zerwać kontakt z rzeczywistością, ale MiChi robi tak przyjemne, energetyczne elektro, że naprawdę chce się do tego pofikać. Ta pani jest na chwilę obecną bardzo mało znaną artystką, chociaż z żelazną konsekwencją wypuszczała na rynek single, nagrywała covery Nirvany, Spice Girls i Avril Lavigne (to ostatnie ze skutkiem znacznie przewyższającym oryginał) i w ogólnym rozrachunku faktycznie skupiła się na procesie twórczym, niż promocji swojej osoby, co w końcu musiało zaowocować albumem tak dopracowanym, równym i imponującym, jak „Up to You”.

16.
Pete Yorn & Scarlett Johansson „Break Up”
Uwielbiam Scarlett Johansson. To piękna kobieta, utalentowana aktorka i wokalistka o intrygującym głosie. Jej interpretacje Waitsa nie wszystkim muszą się podobać, ale ja byłam nimi zauroczona, a kiedy na rynku pojawiło się nagrane jakiś czas temu „Break Up” w duecie z Yornem, już na wstępie byłam pozytywnie nastawiona. Ta płyta nie podoba mi się aż tak bardzo, jak „Anywhere I Lay My Head” sprzed roku, ale zdecydowanie zasługuje na uwagę i przedstawienie w dobrym świetle. Chociaż nie ukrywam, że męski głos oraz gitara dominują nad niepowtarzalną barwą Scarlett i gdyby w studio Pete’owi partnerowałaby jakaś inna kobieta, nie jestem już taka pewna, czy tak entuzjastycznie wspominałabym o „Break Up”.

15.
Krypteria „The Fatal Kiss”
Krypteria to symfoniczno-rockowy niemiecki zespół z koreańską wokalistką. Nie wszystko, co kiedykolwiek nagrali jest warte uwagi, ale „The Fatal Kiss” jest godnym następcą świetnego „Bloodangel’s Cry” sprzed dwóch lat i kiedy już przemyślałam tę kwestię, okazało się też, że to najciekawsza propozycja rockowa tego roku. Chociaż pamiętajcie dzieci, że ja jestem bardzo dobrze nastawiona do wszystkiego, co female-fronted, kiedy ta female ma piękny, mocny głos i trzepiących włosami mężczyzn trzymających gitary w tle. Nic jednak nie zmienia faktu, że Krypteria zrobiła ogromne postępy od czasów „In Medias Res”, bo ta płyta akurat była do bani.

14.
Matryoshka „Coctura”
Wyobraźcie sobie japoński zespół eksperymentalny, który nazywa swoją debiutancką płytę „Zatracenie”, a drugą zamyka utworem pod tytułem „Niedola”. Nie można przeoczyć czegoś takiego, prawda? Nie jestem wielką miłośniczką ambientu, nawet nie jestem pewna, gdzie tkwią kluczowe różnice pomiędzy ambientem, a chociażby avant-garde (chociaż Yoko Ono nie tyleż lubię, co uwielbiam sto razy bardziej, niż The Beatles kiedykolwiek), ale „Coctura”, którą Matryoshka wydała w tym roku, jest niesamowitą płytą. Aczkolwiek fani jeszcze się nie zdecydowali, czy zespół bardziej skłania się w stronę ambientu czy post-rocka. W zasadzie jest to krążek z remiksami utworów z poprzednich płyt, ale to, co dzieje się na „Cocturze” nie jest miksowaniem ambientu pod muzykę klubową, ale czymś wykraczającym poza moje pojmowanie słowa „remix”. Dziesięć utworów przekłada się na tej płycie na ponad godzinę niesamowitej kakofonii, którą trudno zdefiniować, chociaż nie przeszkadza mi to zachwycać się efektem końcowym. Nazwijcie tę muzykę ambientem, post-rockiem, elektroniką, industrialem, psychedelic czy nawet modern classical, a wciąż będziecie i nie będziecie mieli stu procent racji jednocześnie.

13.
The Kilimanjaro Darkjazz Ensemble „Mutations EP”
Nie znam wielu muzyków z Holandii. A na pewno ani jednego tworzącego w takim stylu. Chociaż to ostatnie zdanie odnosi się do całokształtu mojej wiedzy, a nie tylko Holandii. Eksperymentalny jazz już z nazwy po prostu brzmiał, jak coś, co chciałabym spróbować. Sama użyłabym raczej określenia „jazz progresywny”, ale jak zwał tak zwał, a muzyka i tak jest genialna. I bardzo oryginalna. Nigdy nie sądziłam, że można zaprezentować publiczności jazz w takiej formie, w jakiej zrobił to holenderski sekstet The Kilimanjaro Darkjazz Ensemble. Uważałam raczej, że ten gatunek jest zarezerwowany dla seksownej, intrygującej formy i przedstawienie go w mrocznej, post-rockowej wersji przekracza czyjąkolwiek kreatywność. To jak z wkładem duetu Elsiane w trip-hop. Muzyka, która sama w sobie już jest bardzo specyficzna, po dodaniu niesamowicie charakterystycznego, cierpkiego głosu Elsieanne Caplette zyskała zupełnie nowy wyraz. Tak samo Holendrzy wydestylowali z jazzu coś kompletnie nowego.

12.
Yoko Ono „Between My Head and the Sky”
W całym moim życiu miałam jedną, bardzo krótką fazę na wielbienie The Beatles. Znajoma, z którą zdarzyło mi się spędzać wówczas bardzo dużo czasu, słuchała ich płyt na potęgę i na kilka tygodni przejęłam jej muzyczną fascynację. Yoko Ono z kolei zdobyła mnie bardzo szybko i miłość do jej twórczości utrzymuje się już od dłuższego czasu. Uważam, że to jedna z najbardziej niezwykłych i zasługujących na uwagę postaci kobiecych w przemyśle muzycznym. Ludzie przeważnie wiedzą kim jest, a przynajmniej czyją była żoną, Yoko Ono, ale z rozpoznaniem utworów jej autorstwa nie jest już tak dobrze. Ja natomiast pamiętam okoliczności mojego pierwszego kontaktu z tą kobietą bardzo szczegółowo, kiedy wygrzewając przeziębienie pod kołderką z książkami na kolanach, przesłuchiwałam „Approximately Infinite Universe” i chociaż początkowo byłam trochę przerażona oryginalnością tej pani, to po pewnym czasie uświadomiłam sobie, że uwielbiam jej głos, manierę i wizję artystyczną. Ostatnia płyta udowadnia, że Yoko jako artystka się nie starzeje, a nawet można zaryzykować stwierdzenie, że pod pewnymi względami jest jak wino – im starsza, tym lepsza.

11.
BONNIE PINK „ONE”
Piękna kobieta z zachodem słońca w tle na okładce, komponująca łagodną, melodyjną muzykę. Brzmi jak coś, co mogłabym polubić. Ambitniejszy pop w wykonaniu BONNIE PINK nawiązuje okazjonalnie do bluesa, folku, jazzu czy soft-rocka, nie tracąc nawet na chwilę swojej czarującej, dziewczęcej świeżości. Duża dawka optymizmu wyrażonego w nutkach wychodzi wokalistce jako spokojna i relaksująca mieszanka sympatycznej, chwytliwej muzyki. Zanim w maju do sprzedaży trafił krążek „ONE”, BONNIE PINK wydała dwa single promocyjne. Po pierwsze, „Joy / Happy Ending” zawierający całkiem reprezentacyjne utwory z płyty, chociaż „ONE” jest wystarczająco dobre, by wybór dwóch najlepszych piosenek był niemożliwy. Jazzowo-bluesowa piosenka „Joy” była moją introdukcją do twórczości artystki, i tak, bardzo mi się spodobała. „Happy Ending” również. Tydzień przed premierą tego promo, fani otrzymali digital single r’n’b z duetem BONNIE PINK feat. Craig David. To jedna z najbardziej wszechstronnych artystek, jaką kiedykolwiek spotkacie, moi drodzy, i nie czułabym się dobrze, gdybym jej nie zarekomendowała.

10.
Takanashi Yasuharu „Naruto Shippuuden Original Soundtrack II” & „Naruto Shippuuden Movie III: Inheritors of the Will of Fire Original Soundtrack”
Moją fascynację muzyką filmową przejęłam od Guni i zaczęłam od Hansa Zimmera. Nigdy nie interesowałam się utworami instrumentalnymi i odbiór muzyki do drugiej części „Piratów z Karaibów” bez obrazu był jak uderzenie pięścią w żołądek. Myślałam, że wielcy kompozytorzy skończyli się na klasykach wiedeńskich, no, w najlepszym razie na Szostakowiczu, ale całe szczęście żyłam w błogiej nieświadomości i ignorancji nie pozwalającej zauważyć, jakie dowody geniuszu można usłyszeć w kinie. Jednakowoż podobno jest ze mną coś mocno nie w porządku, skoro konsekwentnie odmawiam docenienia muzyki Shore’a do „Władcy Pierścieni”, u podstaw czego prawdopodobnie leży mój banalny brak ciepłych uczuć dla filmu. Niestety, rozumiem, że Tolkien, że rozmach, że Oscary, monstrualne dochody i Orlando Bloom, ale usłyszałam kiedyś takie zdanie, że świat dzieli się na fanów „Władcy Pierścieni” i miłośników „Harry’ego Pottera”, co nie pozostawia mi wyboru w określeniu stanowiska. Hans Zimmer wciąż stoi bardzo wysoko w moich rankingach i z sentymentu to nigdy się nie zmieni, ale im więcej filmów oglądam, tym więcej muzyki zwraca moją uwagę i w tym momencie jest to jedno z głównych kryteriów w odbiorze obrazu. Chociaż nie jestem jeszcze tak dobra, jak Gunia, która po dziesięciu minutach „Avatara” obstawiła Hornera, lubię myśleć o sobie, jako o miłośniku soundtracków. Co nie zmienia faktu, że obie miałyśmy swoje obciachowe momenty, kiedy oglądając „Draculę” Coppoli do końca nie wpadłyśmy na Kilara, albo na seansie wersji filmowej „The Simpsons” zachwycałyśmy się muzyką przez cały czas, ale żadna nawet nie pomyślała, że producenci mogli zatrudnić Hansa Zimmera.
Takanashi Yasuharu jest z kolei moim ulubionym kompozytorem z kontynentu po drugiej stronie Uralu i nie uszczęśliwia mnie myśl, że jego flagową pracą jest muzyka do „Naruto”, bo zrobił w życiu dużo więcej dobrego dla przemysłu. Ale skoro już cały fandom piszczy z zachwytu nad drugą częścią soundtracku do wyżej wymienionej serii, to kim ja jestem by to przemilczeć? Tym bardziej, że muzyka jest niewiarygodnie dobra, a OST do pełnometrażówki nie tylko w niczym nie ustępuje, ale momentami nawet przerasta ścieżkę dźwiękową dla serii. Uwielbiam tego człowieka.

9.
Kalafina „Seventh Heaven”
Pierwotnie cztery, a aktualnie trzy dziewczyny z grupy Kalafina, były moim największym odkryciem ubiegłego roku. „Seventh Heaven”, które zebrało utwory ze wszystkich wcześniejszych singli + previously unreleased, znalazło się na 356-tym miejscu w rankingu last.fm dla płyt wydanych w 2009-tym, co nie jest specjalnie imponujące, ale to i tak fenomenalny krążek, na którym piękne, mocne kobiece głosy spina muzyka jednej z najzdolniejszych kompozytorek muzyki filmowej na świecie. Takie połączenie po prostu musi być bezkonkurencyjnie dobre i chociaż dziewczyny nie są aż tak wysoko na mojej liście pochwał, jak w ubiegłym roku, to wciąż ich muzyka jest niepowtarzalnym zjawiskiem, które powinno być doceniane.

8.
BoA „BEST&USA”
Britney Spears chciałaby mieć taką płytę. Mówimy o krążku zawierającym 27 utworów przekładających się na ponad sto dziesięć minut muzyki w klimatach zbliżonych do tego, co na ostatnich dwóch płytach zaprezentowała światu Britney, z tym, że wykonanej dużo mocniejszym wokalem panny Kwon. Tak, tak, Boa to jest prawdziwe imię, które stało się też pseudonimem równocześnie z przeistoczeniem w akronim Beat of Angel. Krążek podobno nie odniósł specjalnie spektakularnego sukcesu, zwiastując powrót dowcipów o południowokoreańskiej wokalistce, która udaje, że jest Japonką, która udaje, że jest biała, ale osobiście uważam, że Korea Południowa nie tylko stoi za realizacją wielu pierwszoligowych horrorów azjatyckich, ale też promuje coraz to nowsze talenty muzyczne. Ostatnie jedenaście piosenek zostało również wydanych na osobnej płycie, zatytułowanej po prostu „BoA”, ale kompilacja „BEST&USA” jako spójna, harmonijna całość, jest w moich oczach popowym arcydziełem.

7.
KOKIA „KOKIA∞AKIKO~balance~”
Ta pani była jednym z moich najbardziej wartościowych odkryć 2008-ego roku i gdybym musiała porównać ją do artysty zachodniego, po chwili wahania wskazałabym na Sarę Brightman. KOKIA ma bardzo potężny, jeden z najwspanialszych głosów świata i chociaż jej starsza twórczość nie podoba mi się aż tak bardzo, jak dwie ostatnie płyty, wciąż dyskografia robi wrażenie. Trochę zawaliłam, że nie mogłam pojechać latem na koncert, ale spędziłam ładny kawałek czasu na youtube oglądając jej występ z okazji dziesięciolecia działalności („il mare dei suoni” jest obowiązkowe!) i bardzo szybko doszłam do wniosku, że KOKIA jest jednak lepsza niż Brightman. Tegoroczna płyta jest równie zachwycająca i zdecydowanie to jedna z lepszych pozycji w jej dorobku. Niby już się osłuchałam, a wciąż przechodzą mnie ciarki przy „星屑のヴォカリーズ”.

6.
Muse „The Resistance”
Po raz pierwszy usłyszałam o Muse niedługo po premierze „Black Holes and Revelations”, kiedy w jednym z moich ulubionych czasopism ówczesnego okresu, płyta została podsumowana słowami „muzyka z której się wyrasta”. Chciałabym o sobie powiedzieć, że miałam wtedy horyzonty szerokie, jak biodra Kim Kardashian, ale niestety premiera BHaR przypadła na okres, kiedy moja ulubiona muzyka nie była specjalnie zróżnicowana. Dlatego pierwszy prawdziwy kontakt z Muse przypadł na seans „Twilight”, gdzie wykorzystanie „Supermassive Black Hole” było prawdopodobnie najlepszą rzeczą w całym tym badziewnym filmie. Wciąż jestem na etapie eksplorowania kolejnych płyt zespołu, dlatego nie nazwałabym siebie fanem, tym bardziej, że mając za jeden z ulubionych utworów „Supermassive Black Hole”, tylko prosiłabym się o pokazanie mi przez prawdziwych sympatyków Muse gdzie jest moje miejsce z taką znajomością dyskografii, ALE „The Resistance” jest bardzo dobre. No już trudno, że znowu wykorzystano jeden z utworów do promowania „New Moon”, ale jeżeli taka reklama podniesie zespołowi sprzedaż płyt i biletów na koncerty, to potwierdzi to tylko mądrość ludową, że nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Nadal przechodzą mnie dreszcze przy końcówce „United States of Eurasia” i wszystkich trzech częściach „Exogenesis”, więc wysoka ocena tej płyty, jako całości była tylko formalnością. Podobno ludzie dzielą się na fanów Radiohead, fanów Coldplay i fanów Muse, więc skoro nie znoszę tych pierwszych i nie lubię drugich, zauroczenie Muse było tylko kwestią czasu.

5.
Tori Amos „Abnormally Attracted to Sin”
Nawet, jeżeli Tori Amos wydała dwie płyty w ciągu roku, nie musi to oznaczać, że usatysfakcjonowała mnie muzycznie i nic nie jest w stanie mnie powstrzymać, przed posłużeniem się bardzo rozbudowaną retardacją, mającą na celu szczegółowe wyjaśnienie czytelnikowi, dlaczego Tori Amos wielką artystką jest. Ponadto, prawdziwym dowodem na nieistnienie Boga jest fakt, że jakkolwiek zabrzański koncert był genialny, tak w Warszawie Tori wykonała dokładnie te utwory, na jakich mi specjalnie zależało. Gdyby chodziło o jedną czy dwie piosenki, uznałabym to za zwykły pech, ale nie dosyć, że Stolica dostała setlistę moich marzeń, to ja jeszcze usłyszałam na żywo jedyny znienawidzony utwór z repertuaru artystki. Ale muszę też odszczekać całe moje marudzenie na coraz słabsze możliwości wokalne i utrzymujący się od kilku lat spadek formy, bo ta kobieta jest jednak niesamowita na żywo i chociaż ślady botoksu widziałam nawet z trzeciego rzędu na balkonie (co nie znaczy, że botoks Tori jakoś wpływa na moją ogólną opinię o niej), to głos ma jednak potężny i dźwięczny, że aż mnie momentami ciarki przechodziły. Mało tego, te ciarki pojawiały się w momentach, które, na wersjach studyjnych sprzed lat, w ogóle nie robiły na mnie wrażenia. Niesamowite, że jeden drobny, rudowłosy milf przy fortepianie, może zaczarować publiczność o takim przekroju wiekowym, jaki widziałam chyba tylko raz w życiu na Dżemie, a w następnej chwili, mając do dyspozycji tylko perkusistę i gitarzystę, wywołać szaleństwo pod sceną. Koncert Amos jest moim osobistym największym wydarzeniem muzycznym roku, chociaż mam wyrzuty sumienia, że powinnam ją obdarować jednak tylko srebrem, złoto zostawiając śmierci Michaela Jacksona.
„Abnormally Attracted to Sin” nie jest kiepską płytą, chociaż nie przebija ani doskonałej w każdym calu „American Doll Posse”, które porwało mnie dwa lata temu, ani większości dyskografii. To bardzo zmysłowa, duszna muzyka, pod szyldem bardzo średniej sesji zdjęciowej, przytłoczona koncepcją wizualetek i raczej przeciętnego, radiowego singla, który nie przygotował mnie na takie perełki, jak „Ophelia” czy „Flavor”, ani mocne „Strong Black Vine”, które musiało powstać, kiedy „Code Red” spotkało „Cruel”. Tori wciąż jest moją największą inspiracją i jedną z najbardziej lubianych artystek, ale tą płytą na pewno nie zasłużyła na miejsce w pierwszej trójce niniejszego rankingu.

4.
Regina Spektor „Far”
Nie lubię Reginy aż tak bardzo jak uwielbiam Tori, ale niezwykle dźwięczny, mocny głos pani Spektor i jej rosyjska dusza mimo wszystko do mnie trafiają. „Far” ma kilka zalet. „Laughing With”, jedna z najlepszych piosenek roku, jest niewątpliwie jedną z nich. „Genious Next Door” czy „Man of a Thousand Faces” nie zostają daleko w tyle. Tori wydała swoją płytę (w zasadzie obie) w dużo lepszej oprawie graficznej, ale, chociaż tegoroczne wydania obydwu pań reprezentują bardzo zbliżony poziom, Regina chyba jednak jest trochę lepsza.

3.
Pati Yang „Faith, Hope & Fury”
Pati Yang i Anna Maria Jopek powinny być promowane hasłem „Dobre Bo Polskie!” na cztery strony świata. Szczególnie Pati, bo o ile jazz bardzo rzadko jest szeroko reklamowany, o tyle trip-hop jest na chwilę obecną w modzie i poziom, jaki reprezentuje muzyka Pati Yang, zasługuje na dużo więcej uwagi, niż się mu poświęca. Oczywiście, jest to jedna z naszych najlepszych gwiazd eksportowych, która została zauważona i doceniona poza granicami kraju, nie ze względu na wizerunek i skandale obyczajowe, ale rzeczywistą wartość, jaką reprezentuje twórczość artystki. „Faith, Hope & Fury” jest trochę bardziej radiowa i lżejsza niż wcześniejsze dokonania Pati, ale wcale jej to nie umniejsza, a tylko czyni trochę lepiej przyswajalną. A to dobrze, bo nie jestem przekonana, żeby statystyczny polski odbiorca, który Bóg wie ile swojej edukacji muzycznej czerpie z remiksów Lady GaGi preparowanych w podrzędnych klubach przez średnio uzdolnionych DJów, miał pojęcie o istnieniu takiej muzyki, jaką jest trip-hop, tym bardziej w wykonaniu najjaśniejszej polskiej perełki gatunku. Jeżeli radio słuchane w samochodzie, albo ustawione jako budzik może mu pomóc w odkrywaniu, to dobrze, że Pati poszła trochę w tę stronę, zostawiając utwory z „Jaszczurki” do późniejszego eksplorowania dyskografii.

2.
Tinkara Kovač „The Best Of...”
Tinkara jest bardzo utalentowaną wokalnie flecistką ze Słowenii. Nie oczekuję, że komukolwiek jej nazwisko wyda się znane, chociaż to jedna z moich ulubionych artystek, a także jeden z powodów dla których zdecydowałam nauczyć się słoweńskiego. Okładki wcześniejszych płyt trochę przypominają nasze sesje zdjęciowe dla największych przebojów disco relax, ale to tylko pozory, za którymi kryje się wirtuozka fletu poprzecznego, która właśnie wydała swoje „The Best Of...”, na którym znalazły się jej najbardziej reprezentacyjne utwory, przypominające mi po raz kolejny, dlaczego tak uwielbiam języki słowiańskie i co właściwie robię na stosownej filologii.

1.
Ayumi Hamasaki „NEXT LEVEL”
Uwielbiam Ayumi od dnia, kiedy odkryłam, że Ewa z mojego gimnazjum, nagrywając dla mnie płytę z Oomph! i Within Temptation, utworzyła na krążku sekretny folder, który odkryłam parę lat później i pierwszą rzeczą, którą z niego przesłuchałam, było „Because of You” wyżej wymienionej. Jestem dumnym fanem Ayumi Hamasaki, chociaż nigdy nie udawałam, że nie słyszę, jak nie radzi sobie w wysokich rejestrach, albo jak bardzo bez sensu jest przynajmniej połowa jej teledysków. Internet jest cierpliwy i znosi komentarze dotyczące jej działalności artystycznej, które przeważnie są podszyte drwiną („She writes all her own lyrics, they aren't too brilliant, but very poignant”), a temat jej operacji plastycznych i nieodwracalnego uszkodzenia jednego ucha nigdy się nie wyczerpuje. Nawet, jeżeli podskakiwałam z ekscytacji przy każdym singlu, czy kompilacji remiksów, wystarczało mi obiektywizmu, żeby nie zasypywać jej muzyki pochlebstwami bez pokrycia, dobrze słysząc, że Ayu nie jest ani wybitną wokalistką, ani tancerką, ani autorką tekstów, chociaż to ostatnie akurat naprawdę dobrze jej wychodzi. Jednakże pomimo tego, co napisałam powyżej, dobrze się czuję i wiem, co robię twierdząc, że „NEXT LEVEL” jest moją ulubioną płytą urodzoną w 2009-tym, podobnie jak „rollin’” – najlepszą piosenką, chociaż sesja zdjęciowa promująca krążek jest już trochę śmieszna, nie wypominając Ayu promowania swoim nazwiskiem pewnego bardzo złego, amerykańskiego filmu. To bardzo, bardzo dobra popowa płyta z dużą ilością chwytliwej, przyjemnej elektroniki, tak różnej od pop-rocku, który bardzo średnio jej wyszedł rok wcześniej, że warto krążek docenić, co niniejszym czynię. To nie jest najbardziej ambitne, oryginalne ani ciekawe wydawnictwo, ale nigdy nie odcinałam się grubym murem od chwytliwego easy-listening i co się będę wstydzić, że jestem zakochana w muzyce tworzonej przez kobietę, której udało się przy okazji operowania sobie twarzy powiększyć oczy (nie mam zielonego pojęcia, JAK). Cieszę się tą płytą tym bardziej, że dwa single które nastąpiły później, zapowiadają na ten rok katastrofę, a nie jestem aż tak pobłażliwa dla swoich ulubionych muzyków, żeby radować się każdą fuszerką. „NEXT LEVEL” jest dobrze wyprodukowane, miało świetną trasę koncertową, bardzo udane single i nie widzę powodu, żeby nie podkreślić na koniec rocznego podsumowania mojego ukontentowania po raz ostatni.


lay

zrobiła Pasażerka tylko i wyłacznie dla papierowe-miasto wykorzystując foto stąd (bierzcie i jedzcie z tego wszyscy)