fräulein y.

i'm in slytherin!

youtube
filmweb || dev
fanlisting || anidb
quizilla || soup.io
$1,740,330

feeling like a freak on a leash

klepsydra

2005
01 02 03 04 05 06
07 08 09 10 11 12
2006
01 02 03 04 05 06
07 08 09 10 11 12
2007
01 02 03 04 05 06
07 08 09 10 11 12
2008
01 02 03 04 05 06
07 08 09 10 11 12
2009
01 02 03 04 05 06
07 08 09 10 11 12
2010
01 02 03

sie sind

doris
ewam
fiol
innuendo
jakżyć
karla
labruja
lejdi
montewski
phantom of the monique
pstraghi
segritta
serveta
sposob
sztywniara
tokio
white plate
voldy
yorokonde

precious things

aby sprzedać
anime eden
behindthename
bookshelves
clark little
clientsfromhell
climatechange
cutetapes
daily
decobazar
ewolucja
fullmetal alchemist
gendou
hel looks
homesweethome
japanesemusicdream
japshare
kina studyjne
komercyjna
orlan
plfoto
pricasso
tori amos

automat z batonami


Spam poison
homikus.pl

layout

panna Pasażerka
laj-alt
foto

Link :: 22.12.2008 :: 14:59 Komentuj (5)
Subiektywny wybór najlepszych płyt 2008-ego roku.
Ze specjalnym podziękowaniem dla portalu last.fm, który pomógł mi znaleźć dużo świetnej muzyki, o istnieniu której jeszcze w lutym tego roku nie miałam pojęcia.


25.
Duffy „Rockferry”
Ustalmy fakty. Przez jakieś całe dwa tygodnie miałam obsesję na punkcie „Mercy”, która jest naprawdę dobrą piosenką, ale to najlepsza i jedna z niewielu fajnych rzeczy, jakie znalazłam na tej płycie. A sam głos, brzmiący, jak coś pomiędzy Amy Winehouse i Joss Stone, nie wystarczy, żeby zachwycać. W sensie, że lepiej od Amy, ale gorzej niż Joss. Dla mnie trochę za nudno.

24.
My Brightest Diamond „A Thousand Shark’s Teeth”
Shara Worden dysponuje pięknym, dźwięcznym głosem, dlatego należy się jej pewne uznanie. Jednak niestety najlepszą rzeczą w „A Thousand...” jest okładka. W żaden sposób nie mogę zrozumieć, jakim cudem udało się jej nagrać jedenaście piosenek na jedno kopyto. Gdyby było ich o połowę mniej, mogłoby być bardzo alternatywnie i fascynująco. A tak jest nudnawo i rozwlekle.

23.
Laura Marling „Alas I Cannot Swim”
To na pewno nie jest najlepsza płyta folkowa w tym roku, ale nie mogę zostawić bez komentarza tego, że Laura jest ode mnie młodsza i robi karierę, a to oznacza, że powoli mogę zacząć się czuć stara i z każdym następnym razem, gdy na rynek wypłynie jakaś młoda, w sensie że urodzona po 1990 roku, gwiazdka, będę się czuła coraz starzej, nawet, jeżeli nie stuknęła mi jeszcze dwudziestka.
Swoją drogą nie podejrzewałam wytwórni płytowych o wypromowanie piosenkarki, która sprzedaje muzykę, a nie teledysk w którym skacze po szkolnym korytarzu ubrana w erotyczną parodię mundurka szkolnego z podwiązkami, koronką stanika na pierwszym planie i najlepiej z wielkim, sugestywnym lizakiem w ręce. „Alas...” jest trochę ubogie artystycznie, ale jako debiut tak młodej wokalistki, fantastycznie wróży na przyszłość.

22.
Hello Saferide „More Modern Short Stories From...”
Annika Norlin, to jeszcze jedna bardzo zdolna Szwedka ze ślicznym głosikiem, nagrywająca piosenki nadające się do śpiewania przy ognisku albo w autokarze wiozącym uczniów na wycieczkę szkolną. Przedstawicielka indie, zmory last.fm, pozornie trudnego do zdefiniowania gatunku, który podobnie, jak tag „alternative” jest powszechnie nadużywany i wciskany każdemu muzykowi, który chociaż troszeczkę sięgnął po pewne innowacje. Straszną tendencją jest identyfikowanie przez indie muzyków, którzy tworzyli w czasach, kiedy indie nie było w ogóle znane.
Co ciekawe, po drugiej płycie utrzymanej w niemalże identycznej konwencji artystycznej, co poprzednio, Hello Saferide wciąż wydaje się interesujące i na swój sposób sympatyczne ze swoimi melodyjnymi, przewidywalnymi piosenkami i wyeksponowanymi gitarami.

21.
Scars On Broadway „Scars On Broadway”
Daron Malakian i John Dolmayan stworzyli całkiem przyjemne popłuczyny po System of a Down, chociaż z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że tak naprawdę tylko „They Say” mi się podobało. Resztę już słyszeliśmy na płytach SoaD. Jest to oczywiście bardzo dobra i przyjemna (głównie dzięki Malakianowi), ale jednak wtórność. W zasadzie, gdyby podłożyć zamiast Darona jakiegokolwiek innego wokalistę, nie sądzę, żeby było aż tak dobrze, jak jest obecnie.
PS Okładka jest okropna.

20.
Ayumi Hamasaki „GUILTY”
Jest źle. Powszechnie wiadomo, że Ayumi jest głucha na jedno ucho i AVEX eksploatuje możliwości jej pozostałe do granicy wytrzymałości. Ma do pomocy sztab ludzi przy ich cudownych maszynach, którzy pomagają jej tak zmodyfikować efekt pracy w studio, że dopóki nie zdecyduje się na koncert, wszystkie usterki i niedociągnięcia zostają zgrabnie zatuszowane. Ale „GUILTY” jest zwyczajnie słabe i mówimy o prawdopodobnie najgorszej płycie w całej jej karierze.
Pierwsze trzy piosenki są w porządku, potem dopiero „fated” można uznać za względnie ciekawe. Reszta jest nudna, monotonna i pod każdym możliwym względem przypomina papier toaletowy (długa, szara i do...). Na szczęście dla niej, naczelna maskotka AVEXu wydała w 2008-mym roku jeszcze trzy inne płyty, więc bilans ogólny nie wyjdzie aż taki tragiczny.

19.
Maria Peszek „Maria Awaria”
Zabawne, ile „kontrowersji” wywołała ta płyta. Pisałam już o tym krążku, więc powtarzanie się nie ma większego sensu, ale Peszkowa zasługuje na krótki komentarz podsumowujący. Nawet, jeżeli Marysia śpiewa o wzwodach i włosach łonowych, wciąż jest fajniejsza od smutnego rzężenia dla trzynastolatek w wykonaniu Andrzejewicz, Cerekwickiej czy Lesz. Nawet jeżeli jest skandalistką, jest skandalistką z zupełnie innej ligi niż Doda, której brokatowa aura kinderdivy już dawno wszystkim się przejadła, albo Jola Rutowicz o której musiałam się dowiadywać od znajomych, bo „Big Brothera” ostatni raz oglądałam w szkole podstawowej. Dobrze, że Maria Peszek obrywa za „poliż mnie, I’m polish”, a nie za coś innego, mniej związanego z muzyką.
Chciałam dodać jeszcze jeden krótki komentarz. W internecie istnieje przynajmniej kilka stron traktujących o uzależnieniu o pornografii, na których znaleźć można wszelkiej maści statystyki. Wystarczy spojrzeć na takie ciekawostki: ponad 40 milionów ludzi regularnie odwiedza strony pornograficzne, w Internecie jest ponad 3 miliony stron porno i codziennie przybywa tysiąc nowych witryn. Jeżeli usunąć by pornografię z Internetu, ruch w sieci zmalał by o 60%. Średni wiek pierwszego kontaktu z pornografią wśród młodzieży to 11 lat, a największą grupę odbiorców stanowią ludzie w wieku 12-17 lat. Zakładając nawet, że są to statystki mocno zawyżone, to jednak w zaistniałych okolicznościach bulwersowanie się z powodu piosenek o depilacji krocza (i to piosenek napisanych wcale ładnym językiem) jest raczej dziwne. Podobnie, jak to, że każda telewizyjna stacja muzyczna nie bez powodu emituje teledyski, w których punkt centralny stanowią kołyszące się tyłki w stringach.

18.
Ayumi Hamasaki „A COMPLETE ~ALL SINGLES~”
AVEX robi wszystko, żeby utrzymać Ayumi na szczycie list sprzedaży. Jej dorobek z samego tylko 2008-ego roku obejmuje dwa single, jedną płytę i jedną, trzypłytową kompilację wszystkich dotychczas wydanych singli.
Oczywiście jest to odcinanie kuponów, żadna tajemnica, ale „A COMPLETE ~ALL SINGLES~”, to kolekcja wszystkich singli od „poker face” do „Mirrorcle World” + „Who... (10th Anniversary version)”, razem całe czterdzieści cztery piosenki, która zwyczajnie, jako muzyczny fanservice, może się podobać.

17.
Slipknot „All Hope Is Gone”
Po tym, jak boleśnie przejechałam się na ostatniej Metallice, zastanawiałam się, czy to zapowiedź jakiejś ogólnej tendencji spadkowej, czy tylko pojedynczy ewenement. Dzięki Bogu najprawdopodobniej pojedynczy ewenement, ponieważ „All Hope Is Gone” się Slipknotowi wyjątkowo udało.
Tylko jedna „Gematria” zniknęła szybko z mojej listy odtwarzania; reszta utworów tworzy spójną, sensowną całość, która szybko mi się nie znudzi. „Psychosocial”, na chwilę obecną, jest stanowczo najlepsze. Chociaż ustalmy może jedną rzecz: zespoły z biegiem czasu ewoluują, więc nie należy nigdy, ale to nigdy, oczekiwać, że każdy następny album będzie kalką debiutu. „All Hope Is Gone” wyraźnie się różni od ich pierwszych płyt, więc pogódźcie się z tym, że nie znajdziecie tu prawdziwie brutalnego-true-łomoczącego-metalu, bo jest trochę łagodniej niż nawet sama się spodziewałam. Ale jest dobrze. I moim zdaniem w konfrontacji z Metallicą, w tej rundzie, Slipknot wygrywa na pełnej linii.

16.
Ayumi Hamasaki „Days / GREEN”
Najpierw pojawiło się „GREEN” z podobno najkosztowniejszym teledyskiem w karierze Ayumi. Piosenka była przeciętna, zawieszona stylistycznie gdzieś pomiędzy „Vogue” a „INSPIRE”, teledysk też był raczej nieciekawy i na pewno nie dało się odczuć, jaki budżet w niego wpakowano.
Potem mogliśmy zobaczyć teledysk do „Days”, gdzie trzydziestoletnia Ayumi gra słodką szesnastolatkę i wcale dobrze jej to wychodzi. Zdania fanów są podzielone, która piosenka jest lepsza, ale chyba większość uważa, że jednak „GREEN”. Mój głos oddałabym jednakowoż na „Days”, albo w ogóle na „LOVE ~Destiny~ (10th Anniversary Version)”.
Cokolwiek ten singiel zwiastuje, mam nadzieję, że będzie lepsze od „GUILTY”.

15.
Anna Ternheim „Leaving on a Mayday”
Na pewno lepsze od „Somebody Outside”. Na pewno dużo słabsze od „Separation Road”. Gdyby usunąć z tej płyty „Damaged Ones”, „Let it rain” i dwie ostatnie piosenki, byłoby, przynajmniej dla mnie, sporo lepiej. Gdyby dorzucić jeszcze akustyczną wersję „What have I done” mogłabym powiedzieć z czystym sumieniem, że mamy do czynienia z fantastyczną, wartościową w każdym calu i absolutnie doskonałą płytą. A tak, jest tylko dobrze, chociaż należą się dodatkowe punkty za covery Sinatry.
Brakuje pazura. Anna Ternheim jest jedną z nielicznych wokalistek na skalę światową, które mogą smęcić przez całą płytę i przez cały ten czas brzmią fenomenalnie. Ale kiedy słucha się „Leaving on a Mayday” któryś raz z rzędu, wynajduje się coraz więcej słabszych, monotonnych, zwyczajnie nudzących się kawałków, które z powodzeniem mogłyby na tej płycie się nie znaleźć w ogóle. Z czasem przyzwyczajamy się jednak, krążek w nas dojrzewa, wciąż jednak, pozostaje pewien lekki niedosyt.

14.
Mylène Farmer „Point de Suture”
Świetna płyta taneczna made in France. Ambitniejsze, a przynajmniej bardzo ciekawe elektro. Ten krążek nie ma słabych momentów. Dźwięczny głos Farmer, dobre piosenki i znakomite aranżacje, tworzą doskonałą mieszankę.
Nigdy nie uważałam języka francuskiego za najpiękniejszą mowę świata. Powszechnie wiadomo, że w moim rankingu języki rosyjski, japoński, czeski i niemiecki stoją dużo wyżej, a zanim dotarłabym do francuskiego, wymieniłabym jeszcze przynajmniej pięć innych. Ale nie potrafię sobie wyobrazić piosenek z „Point de Suture” wykonanych w jakimkolwiek innym języku. Francuszczyzna jest w jakiś niesamowity sposób integralnie związana z każdą jedną kompozycją z tego krążka.

13.
Koda Kumi „MOON”
Ponieważ Ayumi Hamasaki powszechnie, z różnych powodów, nazywa się, nie zawsze zasłużenie, „cesarzową popu”, należało by przyjąć, że porównujemy Ayu do Madonny. Wówczas analogia Koda Kumi – Britney Spears sama się narzuca, ale to oczywiście nie jest do końca tak.
W porównaniu z Ayumi, Koda ma może trochę więcej w gardle, ale dużo mniej w głowie. Często przewijają się opinie, że jest tylko striptizerką udającą piosenkarkę, do tego powiedziała w tym roku coś o gnijących po trzydziestce wodach płodowych (?), więc może lepiej skupić się na muzyce, chociaż słuchając „MOON” w pierwszej kolejności trzeba rozstrzygnąć, czy „That Ain’t Cool” to Koda Kumi feat. Fergie, czy Fergie feat. Koda Kumi.
W każdym razie to naprawdę fajny, czteropiosenkowy singielek do fikania. Co nie zmienia faktu, że Ayumi Hamasaki i Namie Amuro zostawiają Kodę w tyle. I nie tylko one.

12.
Koda Kumi „TABOO”
Gdyby „TABOO” wcielić do „MOON” wyszedłby idealny do tańczenia, energetyczny mini-album. Obydwa tegoroczne single Kody są utrzymane z bliźniaczej stylizacji na dance i elektro, co znacząco odróżnia Kumi od ostatnich dokonań Hamasaki. Oczywiście musiała się pomiędzy tytułowym „TABOO” i remixem tej piosenki trafić ballada „Always”, która jest najsłabszym utworem na singlu, ale całość wciąż jest zaskakująca dobra. Ostatecznie mówimy o całych dwóch świetnych singlach pod rząd. W zestawieniu z „Days / GREEN”, „Days” Ayumi jest lepszą balladą, ale „TABOO” wciąga „GREEN” nosem.

11.
Ayumi Hamasaki „Mirrorcle World”
„Mirrorcle World” to rozszerzona wersja „Mirror”, intro z „GUILTY”, które dostało swój własny singiel i ujrzało światło dzienne, jako samodzielna piosenka.
I bardzo dobrze! Jedno „Mirrorcle World” jest lepsze niż wszystkie piosenki z „GUILTY” razem wzięte. Tym kawałkiem Ayu trochę się zrehabilitowała, bo jej poprzedni krążek był generalnie krytykowany za rażące przestylizowanie na jakąś dziwaczną hybrydę pomiędzy popem i nu-metalem.

10.
Koda Kumi „Kingdom”
Jak sugeruje okładka, królowa jest tylko jedna. Niekoniecznie wskazałabym na Kodę, ale to jej płyta, więc ona rządzi. Pomijając średnie intro, „LAST ANGEL” otwierające krążek, jest NAPRAWDĘ dobre, a później poziom nie spada nawet na moment. Słuchacz zaczyna się zastanawiać, dlaczego właściwie Koda i Ayumi są ciągle ze sobą zestawiane, skoro w tym momencie, obie panie robią zupełnie coś innego. W sensie, okay, obie są komercyjne, obie wypuszczają na rynek rocznie niesamowite ilości muzyki, ale Ayumi trzyma się popu, a Kumi wchodzi coraz mocniej w muzykę taneczną i jeżeli musimy ją z kimś zestawić, najbliżej będzie jej do Amuro. A w skali światowej, „Kingdom” Kumi i „Circus” Spears, to dwie najlepsze taneczne płyty roku. Say FREAAAAKY!

9.
Charlotte Sometimes „Waves And The Both Of Us”
Zważywszy, że Charlotte nagrała płytę w stylu ambitnego popu, nawiązującą do modnego obecnie w muzyce stylu Kate Nash i Sary Bareilles (a nawet Fiony Apple), jestem w szoku, że przeszła ona bez echa. „Waves...” jest pełne melodyjnych, wpadających w ucho, przyjemnych kawałków, wykonanych mocnym i dźwięcznym głosem. Ta płyta zasługuje na dużo więcej uwagi, niż dotychczas jej poświęcono. Tym bardziej, że o Sarze Bareilles mówiło się mimo wszystko, jako o gwiazdce jednej piosenki i faktycznie, jeżeli coś można było usłyszeć w radio, było to „Lovesong”. Natomiast na „Waves...” prawie każda piosenka mogłaby być singlem. Źle prognozuje to, że krążek Charlotte kojarzy mi się z debiutancką płytą Stacie Orrico, z której wyciągnięto dwa single, które, nota bene, świetnie się sprzedały, po czym wokalistka zniknęła w tłumie popowych mikrogwiazdek, często z mniejszym talentem. Charlotte Sometimes zasługuje na więcej szczęścia.

8.
Children of Bodom „Blooddrunk”
Wielka szkoda, że nie mogę budować tego komentarza na porównaniach z ich wcześniejszym dorobkiem, bo „Blooddrunk” jest moją pierwszą w całości przesłuchaną płytą CoB w życiu. W zasadzie jest mi strasznie trudno powiedzieć coś konstruktywnego na jej temat, poza tym, że sam fakt, że krążek znalazł się na tej liście oznacza, że wydawnictwo jest dobre (BARDZO dobre, słodki jeżu – te gitary!) i ciekawe. Przynajmniej dla mnie. Jeżeli ktoś nie słyszał tej płyty, a wierzy w mój dobry gust, powinien po prostu na sobie samym sprawdzić, czy „Blooddrunk” mu podejdzie, czy nie.
A jeżeli te dwa zdania powyżej nie brzmią specjalnie zachęcająco, proponuję zacząć od legendarnego coveru Britney Spears „Oops! I did it again” w wykonaniu wyżej wymienionych. Powala.

7.
Scarlett Johansson „Anywhere I Lay My Head”
Jestem przekonana, że gdyby ta płyta nie została wydana pod szyldem Scarlett, zostałaby dużo lepiej przyjęta i potraktowana, jako zjawisko superalternatywne i nieprzeciętnie artystyczne. Zamiast tego wszyscy dobrze jej radzą, żeby przestała śpiewać i skupiła się na graniu w filmach, ewentualnie eksponowaniu swoich niewątpliwych wdzięków.
Tymczasem „Anywhere I Lay My Head” JEST superalternatywne i nieprzeciętnie artystyczne. Oczywiście słychać, że skala głosu Johansson to zaledwie kilka dźwięków, ale te kilka dźwięków, w połączeniu z absolutnie wystarczającym na potrzeby tej płyty słuchem i bogatymi aranżacjami, stworzyło fantastyczny, przynajmniej dla mnie, efekt.
Ta płyta jest ciekawa, ponieważ jest inna od wszystkiego, co dej pory słyszałam. I nie mówię, że tylko w tym roku, ale w ogóle. W kategorii śpiewających aktorek, Scarlett jest bezkonkurencyjna i zjawiskowa. I, niestety, mocno niedoceniona.

6.
Britney Spears „Circus”
Britney z całą pewnością nie jest artystką; nie jest nawet zdolnym muzykiem. Co nie zmienia faktu, że dysponując ładną buzią, słabiutkim głosikiem i przeciętnymi zdolnościami wokalnymi zrobiła zdumiewającą karierę, dzięki zatrudnianiu właściwych ludzi i fikaniu w czerwonym, lateksowym kostiumie.
Początkiem końca Spears było „In the Zone”, które wyszło pięć lat temu, w czasie, kiedy jeszcze naprawdę lubiłam jej słuchać. Co nie zmienia faktu, że nie mogłam nie zauważyć, że na krążku jest więcej rozbuchanej seksualności i jęczenia, niż muzyki. Potem był okres wzmożonego rozmnażania się i innych sensacji z muzyką nie mających nic wspólnego, przewinęły się dwa zgrabne teledyski do „My prerogative” i „Someday”, aż w końcu w 2007-mym na rynku pojawił się „Blackout” – taneczna płytka, generalnie raczej zła i nieciekawa.
Byłam zaskoczona, kiedy dowiedziałam się, że zaledwie po roku od poprzedniej premiery, Britney Spears nagrała następny krążek. Jeszcze bardziej byłam zaskoczona, kiedy usłyszałam pierwszy singiel i nie mogłam zaprzeczyć, że „Womanizer” jest ŚWIETNE i ma naprawdę dobry teledysk. Niewiele później wyciekło „Kill the Lights”, które już nie było takie fajne i przyszło mi do głowy, że „Womanizer” może być jedyną dobrą piosenką na płycie. Myliłam się. „Circus” jest najlepszą płytą Spears od siedmiu lat, czyli od czasów „Britney” i nigdy bym jej nie podejrzewała o come back w takim stylu.
Oczywiście wszyscy zdajemy sobie sprawę, że jej głos w studio został wielokrotnie przetworzony i mamy do czynienia z produktem stworzonym zaledwie na bazie Britney Spears, ale nie każda dobra muzyka musi być sztuką. „Circus” w swojej kategorii jest bezkonkurencyjnie najlepszą płytą roku. Nie ma piosenki, którą bym usunęła, a sesje zdjęciowe i dotychczas nakręcone teledyski pasują do całości jak ulał. Przy tym krążku przypomniały mi się czasy z późnej podstawówki i wczesnego gimnazjum, kiedy uwielbiałam Brit (zresztą, moje horyzonty muzyczne niewiele dalej w końcu lat dziewięćdziesiątych sięgały).

5.
Lykke Li „Youth Novels”
W Szwecji coś musi być w wodzie, że ci ludzie wypuszczają w świat TAKIE talenty. Brakuje mi słów, żeby recenzować Lykke Li i nie rozpłynąć się w pochwałach na temat tego, co ta dziewczyna potrafi zrobić głosem i jakie niesamowite koncerty daje na żywo. Ponadto, Lykke Li nakręciła chyba najlepsze, a przynajmniej jedne z najlepszych w tym roku, teledyski.
Całość jest melodyjna, świeża, dziewczęca, uwodzicielska, silnie inspirowana Stiną Nordenstam i Bjork. Jeżeli chodzi o europejski debiut, „Youth Novels” jest bezkonkurencyjnie najlepszą płytą roku. Mój osobisty faworyt: „I'm Good, I'm Gone”, a zaraz za nim „Breaking It Up”.

4.
Anna Ternheim „Halfway to fivepoints”
Będzie to bodajże moja pierwsza kompilacja w życiu, na której znalazło się dokładnie to, co chciałam, aby się znalazło.
Zacznijmy od absolutnie boskiego coveru „Little Lies”, porównywalnego pod względem klimatu z nagranym w 2005-tym, „Don’t Speak” No Doubt w jazzowej interpretacji Anny Marii Jopek. Później fantastyczny duet z Fyfe Dangerfieldem do nowej wersji „Lovers Dream”. Następnie kontynuacja „One to Blame” – kto wie, czy „The Ones to Blame” nie jest nawet lepsze od pierwowzoru.
Na płycie znajduje się łącznie dwanaście piosenek. Gdyby to zależało ode mnie, dołożyłabym jeszcze „Calling Love” i „Feels like sand”, ale nawet bez tego, „Halfway...” jest doskonałe w każdym dźwięku.

3.
Oomph! „Moster”
Byłoby wspaniale, gdyby fani przestali narzekać, że Oomph! się wypala, tylko dlatego, że grają muzykę, która nie wiedzieć czemu, zaczęła podchodzić zbuntowanym trzynastolatkom w glanach. Nie chodzi nawet o to, że się podobno skomercjalizowali, ale o to, że ewoluowali do postaci, w której grają trochę lżej niż w latach dziewięćdziesiątych. Cała ta krytyka ich twórczości rozpoczęła się w roku 2004-tym, po premierze „Wahrheit oder Pflicht” i, o zgrozo, trwa do dzisiaj.
Tymczasem „Moster” jest świetną płytą z fenomenalnymi singlami. Już niesamowite wrażenie wywarła na mnie pierwsza kompozycja na krążku, „Beim ersten mal tut’s immer weh”, chociaż teledysk był już potężnie rozczarowujący. Bezwzględna, chociaż poważnie nieudolna kalka z „Pułapki” Slade’a liczy się na minus. Na szczęście jest to jedyny minus, bo clip do „Labirynth” jest już utrzymany w konwencji starego, dobrego „Augen Auf!”, a „Auf Kurs” trąci trochę fanserwisem, ale ponieważ utwór jest taki ładny i w ogóle och i ach, nie będę się czepiać teledysku.
Oomph! gra od blisko dwudziestu lat i panowie nie robią się coraz młodsi. Jasna sprawa, że trochę łagodnieją, ale nie uznałabym tego za minus, chociaż to może dlatego, że od kiedy ich usłyszałam po raz pierwszy, z miejsca się zakochałam i ten stan utrzymuje się od 2004-ego.
A „Monster” jest fajne, powszechnie nienawidzone „Delikatessen” z 2006-ego też jest pierwsza klasa, skończylibyście się już czepiać.

2.
Within Temptation „Black Symphony”
Fani WT obwiniają zespół o miliony rzeczy. O to, że nie grają, tak jak na „The Dance” i „Enter”. O to, że idą coraz bardziej na łatwiznę i odstawiają fuszerkę. Z kolei ludzie, którzy zaczęli słuchać Within Temptation relatywnie niedawno, zachwycają się „The Silent Force” i przyznają się na forach dyskusyjnych, że nie interesuje ich twórczość zespołu wydana przed „Mother Earth”.
Kiedy pierwszy raz przesłuchałam „Black Symphony” miałam mieszane uczucia. Instrumentalne, wykonane przez orkiestrę, „Ouverture” wróżyło dla koncertu bardzo dobrze, po czym na scenę wyszła Sharon, zaczęła śpiewać „Jillian” i w pierwszym momencie pomyślałam, że to na pewno nie będzie ich najlepszy koncert.
Dopiero kiedy zaakceptowałam, że den Adel była chora podczas tego występu, co naprawdę wiele wyjaśnia, zaczęłam doceniać tę płytę, a nawet „Jillian” przestało brzmieć tak źle, jak początkowo mi się wydawało i nawet znalazło się w ścisłej piątce moich ulubionych utworów z tego krążka. Niestety, „Stand My Ground” pozostawia wiele do życzenia i będzie to najsłabsze wykonanie na „Black Symphony”. Są jednak na tej płycie rzeczy, przy których warto się zatrzymać na dłużej: po pierwsze „Ouverture” – trwające blisko osiem minut, doskonałe w każdym calu, intro, przechodzące w „Jillian”. Później „The Cross”, zasadniczo jedna z najlepszych piosenek na „The Heart of Everything”. Zaraz za nią „Forgiven” – najlepsza ballada od czasów „Our Farewell”, wykonana w sposób zapierający dech w piersiach. Od razu po tym „Somewhere” w duecie z Anneke van Giersbergen, brzmiące zupełnie inaczej i nawet trochę lepiej niż wykonana solo przez Sharon wersja studyjna, później jeszcze „The Swan Song” i „Memories” i wszystkie są fenomenalne. Na drugim krążku najlepiej prezentują się „Our Solemn Hour” i „Angels”.
Na wysokości piątego przesłuchania doszłam do wniosku, że to jednak BĘDZIE ich najlepszy, zarejestrowany koncert. I na pewno ma z tym coś wspólnego dwudziestoosobowy chór i sześćdziesięcioosobowa The Metropole Orchestra. Jest też DVD, podobno tym razem już na pewno najbardziej zjawiskowe i dopieszczone w ich karierze, ale nigdy nie miałam specjalnie dużej słabości do oglądania koncertów.

1.
Kalafina „Oblivious”, „Re/oblivious” i „sprinter / ARIA”
Bezkonkurencyjny zwycięzca tegorocznego rankingu. Autentycznie bezkonkurencyjny.
Japończycy chyba naprawdę uwielbiają się rozdrabniać na single. Kalafina, zespół czterech bardzo zdolnych azjatyckich wokalistek, pracujących pod genialną kompozytorką Yuki Kajiurą (która podobno wytypowała dziewczyny osobiście), wydał dotychczas trzy fenomenalne single, które z racji zbliżonego poziomu i wartości postanowiłam potraktować zbiorczo. Inna sprawa, że wątpię, bym była zdolna zadecydować, który z nich faktycznie jest najlepszy. Wielka szkoda, że na okładce zapowiedzianego na 24-ego grudnia „fairytale”, widnieją tylko trzy wokalistki i nie wiadomo do końca, czy Maya nie będzie brała udziału przy produkcji tylko tego krążka, czy zrezygnowała z projektu na dobre.
Gdyby połączyć te trzy wydania w jedno, uzyskalibyśmy płytę z dziesięcioma utworami, plus wersje instrumentalne. I naprawdę trudno byłoby wybrać najlepszą piosenkę, chociaż akustyczne wersje „Kimi ga Hikari ni Kaete Yuku” i „Kizuato” byłyby całkiem niezłą konkurencją dla „Sprintera” i jego przeboskiego teledysku.

Link :: 25.12.2008 :: 22:06 Komentuj (1)
Encore!
Mam duży problem z podsumowaniem filmowym. Mnóstwo premier z 2008-ego roku mieści się w jednej z dwóch kłopotliwych kategorii: 1) filmy, których polska premiera odbyła się w 2008-mym, ale światowa rok, czasami dwa wcześniej 2) filmy, których światowa premiera odbyła się w 2008-mym, ale polska zapowiedziana jest na 2009-ty, albo nie jest zapowiedziana wcale. Szczególnie, jeżeli chodzi o ten drugi przypadek, przynajmniej dwa filmy po światowej premierze są wciąż nie do zdobycia.
Urodzone w Hongkongu „Blood: The last Vampire” w wersji live action, najpierw, bo już w październiku, wyszło w Rosji. Według imdb ma pojawić się w USA dopiero w marcu, we Francji w czerwcu, a gdzieś w pierwszej połowie przyszłego roku powinno trafić do odbiorców z Hong Kongu i Japonii. Nawet nie próbuję zgadywać, kiedy może trafić do mnie.
Z kolei szwedzkie „Låt den rätte komma in”, po naszemu: „Pozwól mi wejść”, nawet chwilowo pojawiło się na naszych wielkich ekranach. To znaczy, przez przypadek zauważyłam, że jedno z katowickich kin studyjnych pokusiło się o jeden, czy dwa seanse, które, na moje nieszczęście, przegapiłam. Tymczasem od dwóch lat odnoszę wrażenie, że Szwedzi mogą stać się perłą kulturową Europy. Wypuszczają w świat mnóstwo dobrej muzyki i świetne, klimatyczne filmy – wystarczy wspomnieć „Mężczyznę za drzwiami” z 2003-ego („Manden bag døren”) albo szwedzko-norweski dramat surrealistyczny „Pieśni z drugiego piętra” z 2001-ego („Sånger från andra våningen”), o Bergmanie nie wspominając.
Jeszcze gorzej mam z literaturą. Większość książek, które przeczytałam w tym roku, zostało wydanych na świecie jakiś czas temu. Poza tym, muszę się przyznać, że za najbardziej osobiste wydarzenie literackie, a w zasadzie poniekąd literackie, jestem zmuszona uznać ukończenie „Inuyashy”. Przeczytałam całą mangę, pięćdziesiąt tomów z hakiem, w trzy dni, a chandra pozakończeniowa zżerała mnie potem przez dwa tygodnie.
Z rzeczy poważniejszych, Muza wydała „Ślepą wierzbę i śpiącą kobietę”, czyli zbiór opowiadań Murakamiego z lat 1983-2005 i mogłabym być bardziej szczęśliwa tylko wówczas, gdyby ułożono je według daty publikacji i zatytułowano zbiorek a) „Folklor naszych czasów” (co brzmi stanowczo najlepiej) b) „Tony Takitani i inne opowiadania” (ponieważ to moje ulubione dziełko z antologii i jednocześnie jedyne sfilmowane) c) „Małpa z Shinagawy i inne opowiadania” (ponieważ brzmi lepiej, niż „Ślepa wierzba i śpiąca kobieta”) albo d) „Rozkwit i upadek pieczonych rożków i inne opowiadania” (ponieważ to chyba najbardziej zakręcone z najdziwniejszym tytułem opowiadanie, które wypłynęło spod pióra Murakamiego; wystarczająco reprezentacyjne).

A teraz pora na zapowiedziane encore. Pięć najlepszych albumów z muzyką na bis, oczywiście wydanych w przeciągu ostatnich dwunastu miesięcy. Wszystko made in Japan.

5.
Kalafina „fairytale”
Na sam koniec roku, w okrojonym składzie, już nie czwórka, ale zaledwie trójka moich ulubionych wokalistek 2008-ego roku, wydała na świat jeszcze jeden singiel, zatytułowany „fairytale”. A w nim: tytułowy utwór, „serenato” i legendarny „Sprinter” w wersji instrumentalnej. Z pewnością jest to dobra i ciekawa płyta, chociaż, niestety, najsłabsza w ich dorobku. Trzy poprzednie, momentalnie, już przy pierwszym odsłuchaniu wbiły mnie w ziemię, a tutaj dwie nowe piosenki przyjęłam ciepło, ale bez owacji na stojąco. Poza tym sesja zdjęciowa jakaś taka średnia, okładka singla kojarzy mi się z teledyskiem Within Temptation do „Mother Earth”, nawet sukienki też już nie takie ładne jest na ostatnim PV... Wciąż jednak dziewczyny zasługują na uwagę.

4.
JUJU „Donna ni Tooku temo...”
Wszystko zaczęło się od „Ayakashi - Japanese Classic Horror”, a właściwie od „Mononoke”, spin-offa do trzeciego rozdziału wyżej wymienionej serii. „Mononoke” wydane w 2007-tym roku, zostało przytłoczone przez kultowe „Death Note” i gdyby nie to, że nikt inny, tylko sam Takanashi Yasuharu skomponował dla tego anime (dla „Ayakashi...” zresztą też) soundtrack, prawdopodobnie nie zwróciłabym na żadną z tych absolutnie boskich, przepięknych graficznie serii większej uwagi. Podkreślam: przepięknych, ponieważ wiele w życiu widziałam, ale ta konwencja artystyczna, inkrustująca cały świat złotem, przebija wszystko. Ponieważ opening do „Mononoke” był generalnie nieładny i nieciekawy, znowu, gdyby nie Takanashi Yasuharu, nawet nie zainteresowałabym się muzyką w tej produkcji, skupiając się wyłącznie na bardziej plastycznych, niewątpliwych walorach artystycznych. Na szczęście nie umknął mojej uwadze ending – jazzowe, zjawiskowe „Natsu no Hana” JUJU.
Jeszcze w 2007-mym, JUJU wypuściła na rynek album, mini album i dwa single, a w kwietniu 2008-ego singielek „Donna ni Tooku temo...” z czterema utworami w tym z coverem jednej z najpiękniejszych piosenek Nory Jones, „Don’t Know Why”. Nie mogę powiedzieć, żeby jej interpretacja przebiła oryginał, ale na pewno jest bardzo blisko.

3.
JUJU „My life”
Mini album „My life” JUJU wyszedł dwa miesiące po premierze „Donna ni Tooku temo...”. Wokaliza tej kobiety jest cudowna. Na siedem piosenek, pierwsze sześć jest rewelacyjne. Tylko ten stylizowany na pseudoreggae remix „Natsu na Hana” na końcu płyty woła o pomstę do nieba. Żenujące wersje techno nie są w stanie mnie już zadziwić, ale opatrzenie szumną nazwą „sweet reggae remix” prymitywnej edycji przyjemnego utworu, który zamordowano podłożeniem jakiegoś dziwacznego, zapijaczonego beatu, to absolutnie nowy poziom żenady. JUJU, kobieta, która nagrała prawdopodobnie jedyną strawną wersję „Last Christmas” nie zasługuje na takie sweet reggae remixy.

2.
Mell „MELLSCOPE”
Po trzech singlach, Mell dorobiła się w końcu albumu. Gdyby nie ta nagryzmolona czcionka, okładka limited edition „MELLSCOPE” mogłaby zawisnąć u mnie na ścianie, jako wyjątkowo ładny plakat.
„MELLSCOPE” to wyjątkowo udana hybryda rocka, popu i mrocznego elektro, w polewie z mocnego, dźwięcznego wokalu. To wszystko od razu kojarzy się z koleżanką Mell z I’ve Sound, Shimamiyą Eiko, która w zbliżonej konwencji nagrała kilka piosenek na potrzeby dwóch (a już za kilka miesięcy trzech) serii anime i jednej pełnometrażówki pt. „Higurashi no naku koro ni” i jest to jak najbardziej pozytywne skojarzenie. Jeszcze trochę za wcześnie, żeby szarżować z opiniami, że I’ve Sound nie wypuszcza w świat złej muzyki, ale mamy już dwa dowody na to, że wiele można się po tych ludziach spodziewać.

1.
KOKIA „the VOICE”
„the VOICE” to muzyczna perełka-ciekawostka i prawdopodobnie najlepsza okładka tego roku. Osadzona w muzyce folkowej, z nawiązaniami do muzyki popularnej i operowej, „the VOICE” znajduje się w naprawdę ŚCISŁEJ czołówce najlepszych płyt wydanych w 2008-mym. To, co KOKIA robi ze swoim doskonale wyszkolonym głosem, naprawdę robi wrażenie, a innowacyjne aranżacje tworzą piękne, zróżnicowane tło. Ten krążek definiuje muzykę alternatywną – „song of pocchong ~Shizuku no Uta~” brzmi, jak dziecięca wyliczanka, „Ave Maria” Vavilova ukazuje pełen wachlarz operowych możliwości wokalistki, a „il mare dei suoni” zostało wykonane po włosku. Co prawda KOKIA na „the VOICE” nie lata, i nie gada lecz śpiewa, ale to wciąż jest pełen serwis.


lay

zrobiła Pasażerka tylko i wyłacznie dla papierowe-miasto wykorzystując foto stąd (bierzcie i jedzcie z tego wszyscy)