fräulein y.

i'm in slytherin!

youtube
filmweb || dev
fanlisting || anidb
$1,740,330

feeling like a freak on a leash

klepsydra

2005
01 02 03 04 05 06
07 08 09 10 11 12
2006
01 02 03 04 05 06
07 08 09 10 11 12
2007
01 02 03 04 05 06
07 08 09 10 11 12
2008
01 02 03 04 05 06
07 08 09 10 11

sie sind

barbie sluter
chauve souris
czerski
deatheater
doris
ewam
fiol
innuendo
karla
kominek
labruja
lejdi
missunderstood
montewski
nibinlondien
phantom of the monique
pstraghi
riddle
segritta
serveta
tłuszcz
tokio
wrrona
yorokonde

precious things

aby sprzedać
amea
anime eden
azuzephre
behindthename
bundz
climatechange
culture
daily
decobazar
ewolucja
fullmetal alchemist
gendou
hel looks
kina studyjne
orlan
patria
plfoto
pricasso
racjonalista
snegurochka
user friendly

wirtualne wioski

dziurawy kocioł
fma
mirriel
podziemia opery
tori amos

automat z batonami


Spam poison
homikus.pl

layout

panna Pasażerka
laj-alt
foto

Link :: 30.09.2008 :: 14:01 Komentuj (3)
Po tym, co przydarzyło się w Hiszpanii, trzęsłam się przez kilka godzin, a po jednej z najgorszych nocy w moim życiu, stres i nerwy przyćmiły mi trochę urodę Katalonii. Nad tegorocznymi wyjazdami za granicę musi ciążyć jakieś fatum; nie znajduję innego usprawiedliwienia dla faktu, że Serva i Czarnego Pana goniłam do Austrii pociągiem, w Rosji spałam na dworcu, a w Hiszpanii zwieńczyłam serię niefortunnych zdarzeń: przeskakiwaniem z balkonu na balkon na czwartym piętrze, wplątaniem się w aferę zaginięcia, albo, jak sądzą niektórzy kradzieży pewnego plecaka, spędziłam również dwie godziny pod komisariatem, a w końcu wariat zza ściany groził, że mnie zabije i, sądząc po tym, że walił w ścianę (ścianę! cienką, gipsową ściankę!) jakimś ciężkim przedmiotem, samemu będąc wysokim, silnym dwudziestokilkuletnim mężczyzną, nie żartował. Szczerze wątpię, żebym po tym, co się wydarzyło, kiedykolwiek podpisała zgodę na dokwaterowanie do kogokolwiek. Miesiąc temu nawet nie przyszłoby mi do głowy, że jakakolwiek rodzina może nie ubezwłasnowolnić osoby chorej psychicznie, nie wspominając o wysłaniu jej na wycieczkę, gdzie będzie mogła sterroryzować pięćdziesiąt pięć osób, ale ucząc się na własnych błędach na przyszłość będę zakładać, że mogę zostać dokwaterowana do wariata. A na początku, zanim zobaczyłam, jak wygląda atak szału człowieka niepoczytalnego, kiedy jeszcze myślałam, że biedactwo jest tylko lekko upośledzone i zagubione, aktywował mi się instynkt macierzyński i nawet skakałam przez balkon, kiedy zatrzasnął w pokoju klucze. A balkony sąsiadujących pokojów były zaprojektowane na planach trójkątów i nie przylegały do siebie, więc był to mój najbardziej niebezpieczny wyczyn od czasów pierwszej gimnazjum, kiedy, aby zaimponować pewnemu chłopakowi... no, trochę wstyd, popełniłam wyjątkowo brawurowe głupstwo, spektakularnie spadłam z wysokości kilku metrów i przez następny miesiąc bolało mnie nawet podczas głębszego oddychania.
Zakończenie całej tej historii jest tak absurdalne, że najchętniej napisałabym o tym w stylu mocno kabaretowym. Otóż następnego dnia ten facet zniknął, zostawiając w hotelu wszystkie swoje bagaże. W Figures nie pojawił się na zbiórce i właśnie z tego powodu znaleźliśmy się na komisariacie. Poinformowano telefonicznie o całym zajściu zaskoczoną rodzinę, która ze zdumieniem odparła, że przecież chłopak tylko pojechał szukać w Hiszpanii pracy. Jak stwierdziła z pogodną rezygnacją moja, jak najbardziej normalna, współlokatorka: w tym kraju najlepiej być wariatem. Nasza skarga na warunki, w jakich przetrwałyśmy tamtą dramatyczną noc w innym pokoju, spotkała się z bezsilnością pilota i najgorszą możliwą reakcją grupowych matron, oburzonych naszym brakiem tolerancji dla biednego, chorego chłopczyka. Ja nie jestem wyzbyta instynktu opiekuńczego. Tak w ogóle to mam bardzo silnie rozwinięty instynkt opiekuńczy i gdybyśmy mówili o góra piętnastoletnim „biednym, chorym chłopczyku” byłabym faktycznie zdolna do zaciśnięcia zębów i odczuwania współczucia, a nawet wejścia do jego pokoju i podjęcia heroicznej próby odegrania Super Niani, ale mój instynkt samozachowawczy nie pozwoliłby mi na tulenie do matczynego serca rozszalałego mężczyzny, dużo wyższego i dużo cięższego ode mnie. Nawet znoszenia jego gróźb, że nas, cytuję, wszystkich, kurwa, pozabija, oraz, ciut bardziej skierowanych do jednej osoby mam tu gnata i cię zastrzelę połączonych z fizyczną agresją wycelowaną w oddzielącą nas cienką, gipsową ściankę, nie można nazwać komfortowymi, a przynajmniej bezpiecznymi warunkami. Miałam realne podstawy, żeby się bać i chociaż adrenalina w moim przypadku jest bardziej hormonem walki niż ucieczki i wywołuje stan raczej zbliżony do podekscytowania niż przerażenia, nieobliczalny świr jest potencjalnym zagrożeniem. A nawet gdyby komuś zrobił krzywdę, będąc niepoczytalnym, zostałby najwyżej wysłany na przymusowe leczenie.
Przez późniejsze odreagowywanie tamtej nocy trochę się zaziębiłam. Ponieważ mną telepało, biegałam późnym wieczorem na opustoszały basen, ściągając na balkony zafascynowaną moim samozaparciem, żeby codziennie, po ciemku wskakiwać do zimnej wody, publikę. Mieszałam alkohole i są nawet świadkowie, jak późną nocą, kiedy było już ciemno, ale wszystko jedno, wbiłam się w moje najbardziej minimalistyczne szorty (!!!), buty na obcasie i bluzeczkę z bulwersującym Ammadżi dekoltem i poszłam pofikać do klubu. Po pierwszych trzech kwadransach miałam dosyć i od głośnej muzyki tanecznej bolała mnie głowa, ale pokój, w którym dwie noce wcześniej najadłam się strachu źle mnie nastrajał, więc wytrzymałam do drugiej nad ranem ze sporym hakiem, kiedy miałam absolutną pewność, że zasnę w tej samej chwili, w której moja głowa dotknie poduszki. Następnego dnia byłam tak nieprzytomna, że wychodząc na balkon nie zauważyłam, że drzwi są zamknięte i zdrowo zderzyłam się z szybą. Ten cały basen, nerwy i fikanie w klubie przyniosły ze sobą tyle dobrego, że sądząc po zjeżdżających mi z tyłka spodniach, trochę ubyło mi kochanego ciałka.
Hiszpania to pod wieloma względami jednak wspaniały kraj. Piękne kurorty na Costa Brava: malownicze Tossa de Mar i pulsujące nocnym życiem Lloret de Mar. Tylko Sama Barcelona wzbudziła we mnie umiarkowany zachwyt. Jeżeli to miasto jest tak zatłoczone pod koniec września, nie chcę wiedzieć, jakie masy ludzi przewijają się przez nie w pełni sezonu. Osobiście bardziej odpowiadał mi klimat Girony i Figures z muzeum Salvadore’a Dali. Porównując jeszcze ze sobą dwa inne miejsca: Monaco jest bardzo ładne, ale w konfrontacji z Andorą, jednym z najpiękniejszych miejsc, jakie kiedykolwiek odwiedziłam, nie ma szans. Chociaż będąc w temacie Andory, przeraził mnie przepis obowiązujący jeszcze kilka lat temu: aby otrzymać obywatelstwo, w pierwszej kolejności należało być kobietą (taka odpowiedź na męski szowinizm), wyjść za mąż za obywatela księstwa, urodzić mu dzieci i dopiero gdy pierwsze z nich ukończyło dwadzieścia pięć lat, uzyskiwało się obywatelstwo Andory. Biorąc pod uwagę standard życia mieszkańców, ceny, atmosferę i fantastyczne położenie, osobiście nie dziwię się tym restrykcjom. Skoro więc obywatelstwo jest poza moim zasięgiem, to jedną z rzeczy, którą chciałabym jeszcze kiedyś zrobić jest odwiedzenie Andory zimą, oczywiście w celu zakosztowania białego szaleństwa w nowej, niezwykle atrakcyjnej scenerii, a nie przemycenia o ponad połowę tańszego, porównując z Hiszpanią, alkoholu.
Andora nie jest jedynym miejscem, do którego wyjątkowo mocno chciałabym się wybrać jeszcze raz. To samo dotyczy ogrodu Gaudiego, który potraktowano zbyt pobieżnie (a, dla porównania, więcej czasu otrzymaliśmy na bezsensowne gapienie się na stadion FC Barcelony, co wyraźnie nikogo specjalnie nie zainteresowało), Sagrady Familii i francuskiego Carcassonne.
W przyszłym roku pojechałabym może do Grecji, w Chorwacji też mnie jeszcze nie było, również cała Skandynawia wygląda bardzo zachęcająco. A może obleję sesję i będę zakuwać do poprawek z nostalgią wspominając Hiszpanię 2008.


lay

zrobiła Pasażerka tylko i wyłacznie dla papierowe-miasto wykorzystując foto stąd (bierzcie i jedzcie z tego wszyscy)