fräulein y.

i'm in slytherin!

youtube
filmweb || dev
fanlisting || anidb
quizilla || soup.io
$1,740,330

feeling like a freak on a leash

klepsydra

2005
01 02 03 04 05 06
07 08 09 10 11 12
2006
01 02 03 04 05 06
07 08 09 10 11 12
2007
01 02 03 04 05 06
07 08 09 10 11 12
2008
01 02 03 04 05 06
07 08 09 10 11 12
2009
01 02 03 04 05 06
07 08 09 10 11 12
2010
01 02 03

sie sind

doris
ewam
fiol
innuendo
jakżyć
karla
labruja
lejdi
montewski
phantom of the monique
pstraghi
segritta
serveta
sposob
sztywniara
tokio
white plate
voldy
yorokonde

precious things

aby sprzedać
anime eden
behindthename
bookshelves
clark little
clientsfromhell
climatechange
cutetapes
daily
decobazar
ewolucja
fullmetal alchemist
gendou
hel looks
homesweethome
japanesemusicdream
japshare
kina studyjne
komercyjna
orlan
plfoto
pricasso
tori amos

automat z batonami


Spam poison
homikus.pl

layout

panna Pasażerka
laj-alt
foto

Link :: 04.07.2008 :: 22:51 Komentuj (8)
Oglądam: „Juno”, „Kill Bill” (obydwie części, naturalnie), „Bokura ga Ita” (ludzie, którzy mi polecili tę serię mogli mnie uprzedzić, że z powodu skromnego budżetu postacie miały narysowane tylko jedno oko, co wyglądało tym makabryczniej, że anime było wzruszającym i poruszającym romansem). „Desperate Housewives” sezon 2 w tym momencie.
Całe szczęście, że trochę popadało, zanim moje osiedle na najbliższe dwa miesiące stało się najprawdziwszą dziką plażą. Mieszkanie w sąsiedztwie basenu odkrytego, a będąc precyzyjną – dwóch odkrytych basenów i brodzika, to naprawdę żadna przyjemność. Chociaż tym ludziom, którzy tłumnie przyjeżdżają i parkują swoje samochody po obydwóch stronach ulicy pewno wydaje się, że latem lokum w takim miejscu to niemały luksus. Tere fere. Już abstrahując od zatłoczonego parkingu i tłoku w ogóle, to, przyznaję, krępuje mnie spotykanie na osiedlu niekompletnie ubranych ludzi. Żeby niczego ważnego nie pominąć – ta plaga wykupuje moje ulubione lody i formuje niesamowite kolejki w sklepach, a przy czymś tego kalibru, paradowanie w bikini i szczycenie się pryszczami na plecach i nieogolonymi pachami to naprawdę żaden problem.
Na przestrzeni następnych dni zamierzam zasadzić się o piątej rano w oknie z czymś naprawdę ciężkim i rzucić tym w samochód dostawcy, który podjeżdża pod moje okna bladym świtem mając na pełną moc włączoną muzykę techno. Ten problem jest jednak bardziej naglący niż deficyt lodów w osiedlowym sklepiku.
Dla odmiany w Sosnowcu mieszkają chyba wyłącznie mili ludzie i jestem na dobrej drodze do zostania entuzjastką tego miasta. W punkcie ksero zaproponowano mi coś zimnego do picia i naliczono zniżkę studencką, chociaż poinformowałam człowieka za ladą, że wyniki rekrutacji jeszcze nie są znane. Mam nadzieję, że tą zniżką niczego nie zapeszyłam.
Zapytawszy pewną spacerującą z psem kobietę o drogę, zostałam zaprowadzona pod sam budynek, chociaż kobieta zmierzała początkowo w zupełnie inną stronę, a dwie różne starsze panie ucięły sobie ze mną pogawędkę w autobusie (w dwóch różnych autobusach) i to było naprawdę bardzo miłe. W końcu nawet panie na wydziale były niesamowicie sympatyczne i otwarte, chociaż do sekretariatu poszłam się poskarżyć, że zapomniałam numeru sali w której składa się dokumenty, a przy samej rekrutacji nie miałam opisanej teczki – czyli właściwie prosiłam się o ochrzan. Tak, w Sosnowcu mieszkają bardzo mili ludzie i bardzo bym chciała, żeby to nie był zły znak.

Link :: 14.07.2008 :: 22:28 Komentuj (4)
Doskonale pamiętam wszystkie moje rekrutacje, co nie jest żadnym wybitnym osiągnięciem, ponieważ ta ostatnia, na studia, jest dopiero trzecią w moim życiu.
Aplikując do gimnazjum, najbardziej bałam się upokorzenia wynikającego z porażki, ponieważ wszystkim w podstawówce zdążyłam się pochwalić, gdzie złożyłam papiery. Miałam na świadectwie więcej szóstek niż piątek, trzecią średnią w szkole i całkiem przyzwoity wynik testu, ale na sam koniec obniżono mi stopień z niemieckiego na czwórkę. Jak na owe czasy i moje ówczesne ambicje, to była najprawdziwsza tragedia. W sumie, to dwa miesiące później, napisawszy wstępny test językowy na rozpoczęcie gimnazjum, poszłam poinformować ową germanistkę, że jej zaledwie czwórkowa uczennica zdobyła pierwszy wynik w nowej szkole i poczułam się lepiej, ale gorycz i poczucie niesprawiedliwości pozostały we mnie jeszcze przez bardzo długi okres czasu, a przekleństwo stopnia z języka niemieckiego przypomniało o sobie trzy lata później, kiedy z oceny celującej (druga gimnazjum), zostałam zdegradowana do dostatecznej (trzecia gimnazjum) i postawiwszy w ostatecznym rozrachunku na swoim odniosłam pyrrusowe zwycięstwo. Co nie znaczy, że nie było warto wywalczyć egzaminu w obecności drugiego nauczyciela i pokazać, jakimi umiejętnościami i zasobem słownictwa dysponuje ciężko wkurzona dostateczna uczennica. Nawet jeżeli jest leniwa, niesystematyczna i nie boi się podważania autorytetu nauczyciela. Co zrobiłam tylko ten jeden raz w życiu i już nigdy później nie miałam powodu.
Tego samego roku przeżyłam rekrutację do liceum. Dramat. Moje nazwisko widniało nisko, nisko na liście kandydatów, co zawdzięczałam wynikowi takiemu, a nie innemu z matematyczno-przyrodniczej części testu gimnazjalnego. Przeżyłam trzy dni powolnego pięcia się w górę, sześć godzin dziennie spędzonych na schodach potencjalnego liceum w oczekiwaniu na informacje, niemożliwą presję i stres. Ze wszystkich trzech szkół ponadgimnazjalnych, do których złożyłam moje papiery, jedna chciała mnie natychmiast, druga potrzebowała trochę więcej czasu, żeby uzmysłowić sobie, że to właśnie o mnie marzyli, bo lepszy mój wynik, niż tych, którzy byli za mną, ale mnie do końca zależało na tym liceum, a nie innym i nie miałam zamiaru się poddać. Patrząc z perspektywy czasu myślę, że podjęłam najsłuszniejszą możliwą decyzję.
Rok 2008. Rekrutacja na studia bardziej stresowała Ammadżi, niż mnie. Ja wybrałam sobie piękny, ekscentryczny kierunek zaoczny, który chciałam studiować równolegle ze studiami dziennymi. Okazało się jednak, że filologia angielska na programie tłumaczeniowym z językiem chińskim jest tak egzotyczna, że mój los na tym kierunku zależy w tym momencie od odrzutów rekrutacji, którzy z braku laku być może zdecydują się na niego we wrześniu, przy okazji drugiego naboru. Tylko w takich okolicznościach, przy większej ilości chętnych, kierunek w ogóle zostanie utworzony.
Nie lubię porażek i nie lubię się do nich przyznawać, a przez cały czas doskonale zdawałam sobie sprawę, ile osób będzie chciało wiedzieć czy dostałam się na studia, czy są to dzienne studia i czy to na pewno jest ten kierunek na którym mi zależało. Tym bardziej, że kąśliwie zarzucano mi już wcześniej, że na pewno moich aspiracji nie zaspokoi marne sto procent na maturze. Zaspokoić musiało trochę mniej, ale odbiłam to sobie w punktach rekrutacyjnych. 60/60 na kierunek priorytetowy. Niewiele niżej na pozostałe dwa dzienne. Jestem szczęśliwa i minie trochę czasu zanim się zdystansuję do tego szczęścia. Zawsze byłam rozentuzjazmowana po pomyślnie przebytych rekrutacjach i nie wydaje mi się, żebym kiedykolwiek była w stanie zadrzeć nos tak wysoko, żeby traktować z widoczną pogardą konkurencję rzędu 6.9 osoby na miejsce.
Mam osiemnaście lat i wykształcenie średnie. Jeżeli nie przyśni mi się w najbliższej przyszłości Królewski Polonista grzmiący, abym wybrała polonistykę, po wakacjach będę studiować na Uniwersytecie Śląskim język rosyjski na programie biznesowym. Jest wiele rzeczy, których żałuję. Żałuję, że w liceum nie wybrałam języka hiszpańskiego, bo mój niemiecki niewiele się poprawił przez ostatnie trzy lata i mogłam lepiej wykorzystać te dwie godziny w tygodniu. Uzmysławiam sobie również, że nawet jeżeli kiedyś dostanę szansę nauczenia się gry na najcudowniejszym instrumencie na świecie, jakim jest pianino, nigdy nie będę już pianistką. Z jakiegoś powodu, za każdym razem kiedy o tym myślę, chce mi się płakać. Prawdopodobnie też – jeżeli teraz wybiorę na przedmiot studiów język rosyjski, nigdy nie spełnię swoich ambicji intelektualnych i nie zrobię doktoratu z polonistyki. Jednocześnie, jeżeli potwierdzę chęć studiowania na polonistyce, nigdy nie spełnię innego marzenia, jakim jest opanowanie najpiękniejszego języka świata – rosyjskiego.
Przypomniałam sobie moje wakacje przed pierwszą klasą liceum: kupowanie piórnika nazwanego później John, bieganie za zeszytami w twardych oprawach i żelowymi długopisami (dzisiaj jestem zwolenniczką zakreślaczy, nieco mniej fluorescencyjnych), wspominanie pierwszego tornistra przy okazji kupowania kremowej, pojemnej torby i panikowanie na samą myśl o egzaminie wstępnym z języka angielskiego. Dzisiaj zostały mi tylko pobożne życzenia, aby znalazło się kilku wspaniałych ludzi gotowych zapisać się na program tłumaczeniowy anglistyki z językiem chińskim i potrzeba kupienia sobie torby. Tym razem czarnej. Tamta kremowa szybko się pobrudziła.

Link :: 16.07.2008 :: 17:09 Komentuj (1)
Czytam: „Pożegnanie z Afryką” Karen Blixen
Sosnowiec jest cudownym miastem wiecznej szczęśliwości, w którym nawet panie w dziekanacie są miłe i uprzejme, a w autobusach zawsze są wolne miejsca siedzące. Ta druga zaleta jest szczególnie ważna, ponieważ aby dojechać na wydział potrzebuję półtora godziny, a wystarczy jeden, legendarny korek na katowickim rondzie, żeby ilość czasu się zwiększyła do dwóch godzin przynajmniej. Powietrze i atmosfera w Sosnowcu są chyba również cudowne, zupełnie jak woda w Lourdes. Mój głos, zaraz obok temperamentu, jest rzeczą odpowiedzialną za moją opinię u Królewskiego Polonisty, który nazwał mnie kiedyś Chodzącą Kofeiną. Im bardziej jestem podekscytowana, tym szybciej i głośniej mówię, aż w końcu przeradza się to w irytujący, drażniący szczebiot zdolny obudzić umarłego. Tymczasem rozmawiając z ludźmi w Sosnowcu w pewnym momencie zdałam sobie sprawę, że mówię wolnym, cichym i dużo niższym niż zwyczajnie głosem. Nie aż tak niskim, jak Scarlett Johansson, wciąż jednak zmiana była niesamowita i nawet przeszło mi przez myśl, że jeżeli ten stan się utrzyma, ludzie mogą przestać mnie podejrzewać o nadpobudliwość i niezdiagnozowane ADHD. Innymi słowy mam jeszcze jeden dobry powód, dla którego naprawdę bym się ucieszyła z zaocznych studiów filologicznych na drugim kierunku, jeżeli ilość czasu spędzonego w Sosnowcu ma się przekładać na jakość mojego głosu.
Gdyby trzy lata temu ktoś mi powiedział, że szczytem moich marzeń będzie utworzenie na uniwersytecie mojej wyśnionej specjalności filologii angielskiej, chyba umarłabym ze śmiechu. Nigdy nie należy mówić „nigdy”, ot co.
Po tygodniu testowania nowej wersji last.fm, czym zajmowałam się głównie przez te dni, które spędzałam na odświeżaniu strony z wynikami rekrutacji, pozostaje mi przyznać, że efekt jest zadowalający, chociaż testy jeszcze się nie zakończyły. Do nowej, kompletnie odmienionej szaty graficznej trzeba się przyzwyczaić, tym bardziej, że gigantyczny shoutbox obcina ilość ulubionych utworów i wykonawców na stronie głównej do piętnastu, ale strona rekompensuje nam to w paru innych, istotniejszych kwestiach: aktualizowanie statystyk po każdym odsłuchanym utworze i możliwość kasowania utworów starszych niż dwa tygodnie, na pewno są jednymi z nich.
Odkrycie największej zalety nowego elementu last.fm – biblioteki, zajęło mi trochę czasu. Biblioteka nie tylko bowiem umożliwia przeglądanie indywidualnych statystyk dla każdego artysty osobno, ale pozwala również kasować wybiórcze utwory (bez przeglądania ich chronologicznie), albo całych wykonawców ze swoich chartsów. Ja wykorzystałam tę funkcję maksymalnie, karmiąc mój pedantyzm i pozbywając się wszystkich źle otagowanych piosenek i artystów ze swojego profilu.
Na chwilę obecną wersja beta last.fm, jednej z moich ulubionych i najprawdopodobniej najczęściej odwiedzana strona w Internecie, momentami robi mi przykre psikusy. Na przykład dzisiaj nie działa mi artist translation, chociaż właśnie sprawdziłam w ustawieniach profilu, że jest włączona, a parę dni temu wszystkie skasowane przeze mnie utwory wróciły do biblioteki i musiałam je usunąć ponownie, co było raczej czasochłonne. Do tego rozciągnęło mi brzydko avatar, ale zatroszczenie się o ten drobiazg nie jest sprawą naglącą.

Link :: 19.07.2008 :: 23:26 Komentuj (4)
My z drugiej połowy XX wieku
rozbijający atomy
zdobywcy księżyca
wstydzimy się
miękkich gestów
czułych spojrzeń
ciepłych uśmiechów

Kiedy cierpimy
wykrzywiamy lekceważąco wargi

Kiedy przychodzi miłość
wzruszamy pogardliwie ramionami

Silni cyniczni
z ironicznie zmrużonymi oczami

Dopiero późną nocą
przy szczelnie zasłoniętych oknach
gryziemy z bólu ręce -
umieramy z miłości.


(„My z drugiej połowy XX wieku” Małgorzata Hillar)



lay

zrobiła Pasażerka tylko i wyłacznie dla papierowe-miasto wykorzystując foto stąd (bierzcie i jedzcie z tego wszyscy)