|
Link :: 14.09.2008 :: 20:32 Komentuj (4)
 What Famous Leader Are You? personality tests by similarminds.com
Link :: 16.09.2008 :: 16:23 Komentuj (5)
Żeby mi się przypadkiem w głowie nie poprzewracało z lenistwa – zdecydowałam się na drugi kierunek studiów. Z tym, że nie zaoczny, jak pierwotnie zakładałam, a wieczorowy. I nie język chiński, ale hiszpański w ramach anglistyki programu tłumaczeniowego. Przy okazji profilaktycznie zatroszczę się o wątrobę, bo przecież wszyscy wiedzą czym zajmują się studenci, kiedy mają zbyt wiele wolnego czasu.
Zlokalizowałam już najbliższy supermarket, pizzerię, dwa punkty ksero i basen. Ja sobie jakoś poradzę, ale obawiam się, że w tych okolicznościach moja nowa, piękna, czarna torba może nie przeżyć próby ciężaru, jaki będę ze sobą nosić. W końcu dwie filologie to cztery języki obce. Przynajmniej dwa od podstaw. Mogą być nawet trzy (!), jeżeli wybiorę francuski zamiast niemieckiego i w ten sposób zdeklaruję chęć popełnienia wyrafinowanego, acz tragicznego samobójstwa przez zapracowanie.
Jeszcze nie jestem pewna, jak sobie zorganizuję dwa plany zajęć, bo, jak mi powiedziano, nikt nie może mi zagwarantować, że niektóre wykłady nie będą się odbywać w tym samym czasie, ale tak w ogóle to jestem podekscytowana roztaczającymi się przede mną nowymi perspektywami, okazjonalnie nawet czytam basha, żeby wczuć się w klimat. A co! Was mich nicht umbringt, macht mich stärker.
PS: „Death Magnetic” Metallica < „All Hope is Gone” Slipknot
Link :: 17.09.2008 :: 21:51 Komentuj (4) Tego poranka ktoś zapukał do mych drzwi. Kiedy je otworzyłem, ujrzałem zadbaną, ładnie ubraną parę ludzi. Mężczyzna odezwał się pierwszy: - Cześć! Ja jestem Jan, a to Maria.
Maria: - Cześć! Przyszliśmy by zaprosić cię, byś pocałował z nami dupę Henryka.
Ja: - Przepraszam?! O czym wy mówicie? Kim jest Henryk i dlaczego miałbym chcieć całować jego dupę?
Jan: - Jeśli pocałujesz Henryka w dupę da ci on milion dolarów. A jeśli nie, spierze cię na kwaśne jabłko.
Ja: - Co? Czy to jakieś wariackie rozruchy?
Jan: - Henryk jest miliarderem i filantropem. Henryk zbudował to miasto. Henryk posiada je całe. On może zrobić wszystko, co zechce i chce ci akurat dać milion dolarów, ale nie może, póki nie pocałujesz go w dupę.
Ja: - To zupełnie bez sensu. Dlaczego...
Maria: - Kim jesteś by poddawać w wątpliwość dar Henryka? Nie chcesz miliona dolarów? Czy nie są one warte małego pocałunku w dupę?
Ja: - No cóż, może, jeśli to prawda, ale...
Jan: - A więc chodź pocałować z nami dupę Henryka.
Ja: - Czy często ją całujecie?
Maria: - O tak, cały czas...
Ja: - I dał wam już te miliony dolarów?
Jan: - No cóż, nie, nie można dostać pieniędzy póki nie wyjedzie się z miasta.
Ja: - A więc czemu jeszcze z niego nie wyjechaliście?
Maria: - Nie możesz wyjechać póki Henryk ci nie pozwoli, albo on nie da ci pieniędzy i stłucze na kwaśne jabłko.
Ja: - Czy znacie kogokolwiek, kto pocałował Henryka w dupę, wyjechał z miasta i otrzymał milion dolarów?
Jan: - Moja matka całowała Go w dupę całe lata. Rok temu wyjechała i jestem pewien, że dostała pieniądze.
Ja: - Nie rozmawiałeś z nią od tamtej pory?
Jan: - Oczywiście że nie, Henryk nie pozwala na to.
Ja: - Dlaczego więc sądzicie, że ktokolwiek dostaje pieniądze, skoro nigdy z nikim takim nie rozmawialiście?
Maria: - No cóż, dostajesz troszkę przed wyjazdem. Może będzie to podwyżka, może wygrasz coś na loterii, może po prostu znajdziesz dwudziestaka na ulicy.
Ja: - A co to ma wspólnego z Henrykiem?
Jan: - Henryk ma pewne znajomości.
Ja: - Przykro mi, ale pachnie mi to jakimś monstrualnym oszustwem.
Jan: - Ale to przecież milion dolarów, czy możesz przepuścić taką szansę? Poza tym pamiętaj, że jeśli nie pocałujesz Henryka w dupę, zbije cię on na kwaśne jabłko.
Ja: - Może jeśli bym mógł zobaczyć Henryka, pogadać z nim, uzyskać więcej bezpośrednich informacji...
Maria: - Nikt nie widział Henryka, nikt z nim jeszcze nie rozmawiał.
Ja: - A więc jak całujecie go w dupę?
Jan: - Czasem posyłamy po prostu całusa, myśląc o jego dupie. Czasem całujemy w dupę Karola i on przekazuje to dalej.
Ja: - Kim jest Karol?
Maria: - Naszym przyjacielem. To on nauczył nas wszystkiego o całowaniu dupy Henryka. Wszystko co musieliśmy zrobić, to po prostu zaprosić go do nas kilka razy na obiad.
Ja: - I tak po prostu uwierzyliście mu na słowo, kiedy powiedział że jest Henryk, że Henryk chce byście pocałowali go w dupę i że zostaniecie za to wynagrodzeni?
Jan: - O nie, Karol miał list który Henryk wysłał mu wiele lat temu, w którym wszystko zostało wyjaśnione. Tutaj jest jego kopia, sam ją zobacz.
Jan podał mi kserokopię ręcznie zapisanej kartki, w której nagłówku stało: "Z notatnika Karola". Było tam wypisanych jedenaście punktów.
1. Pocałuj Henryka w dupę, a dostaniesz milion dolarów gdy opuścisz miasto.
2. Używaj alkoholu ze wstrzemięźliwością.
3. Bij na kwaśne jabłko każdego, kto jest inny od ciebie.
4. Zdrowo jadaj.
5. Henryk osobiście podyktował ten list.
6. Księżyc jest zrobiony z zielonego sera.
7. Wszystko co Henryk powiedział jest prawdą.
8. Myj ręce po skorzystaniu z toalety.
9. Nie pij.
10. Jadaj swe parówki wyłącznie w bułkach, bez żadnych dodatków.
11. Pocałuj Henryka w dupę, albo zbije cię on na kwaśne jabłko.
Ja: - Ale to wygląda na pisane w notatniku Karola.
Maria: - Henryk akurat nie miał papieru.
Ja: - Mam wrażenie, że gdybyśmy sprawdzili, okazałoby się to pismem Karola.
Jan: - Oczywiście, ale to Henryk to podyktował.
Ja: - Mówiliście przecież, że nikt Henryka nie widział?
Maria: - Teraz nie, ale wiele lat temu przemawiał on do niektórych ludzi.
Ja: - Mówiliście, że jest on filantropem. Co za filantrop bije ludzi na kwaśne jabłko tylko za to, że są inni?
Maria: - Tego chce Henryk, a on ma zawsze rację.
Ja: - Skąd to wiecie?
Maria: - Punkt 7 mówi, że "Wszystko co Henryk powiedział jest prawdą". To mi wystarczy!
Jan: - Może wasz przyjaciel Karol po prostu zmyślił to wszystko?
Jan: - Nie ma mowy! Punkt 5 mówi "Henryk osobiście podyktował ten list". Poza tym, punkt 2 mówi "Używaj alkoholu ze wstrzemięźliwością", punkt 4 "Zdrowo jadaj", i punkt 8 "Myj ręce po skorzystaniu z toalety". Każdy wie, że te stwierdzenia są prawdziwe, a więc i reszta taka musi być.
Ja: - Ale punkt 9 stwierdza "Nie pij", co nie pasuje zbytnio do punktu 2. Punkt 6 zaś mówi "Księżyc jest zrobiony z zielonego sera", a to jest totalna bzdura.
Jan: - Nie ma sprzeczności między 9 i 2 - 9 po prostu uściśla 2. A co do 6, to przecież nigdy nie byłeś na Księżycu, a więc nie możesz wiedzieć na pewno.
Ja: - Naukowcy udowodnili przecież, że Księżyc jest zrobiony ze skał...
Maria: - Ale nie wiedzą czy przybyły one z Ziemi, czy z głębi kosmosu, więc równie dobrze może to być zielony ser.
Ja: - Naprawdę nie jestem tu ekspertem, ale wydawało mi się, że teoria iż Księżyc powstał z fragmentów Ziemi, została obalona. Poza tym, niewiedza skąd skała przybyła nie czyni jej jeszcze zielonym serem.
Jan: - Aha! Właśnie przyznałeś, że naukowcy często się mylą, lecz my wiemy, że Henryk ma zawsze rację!
Ja: - My wiemy?
Maria: - Oczywiście że tak! Punkt 5 przecież tak mówi.
Ja: - Mówicie że Henryk zawsze ma rację, ponieważ tak mówi list, a list jest prawdziwy ponieważ Henryk go podyktował, ponieważ tak mówi list. To okrężna logika, w niczym nie różniąca się od stwierdzenia: "Henryk ma rację, ponieważ powiedział, że ma rację".
Jan: - Wreszcie zaczynasz rozumieć! To takie radosne widzieć kogoś przybliżającego się do myśli Henryka.
Ja: - Ale... ech, nieważne. A co z parówkami?
Maria się zarumieniła. Jan mi zaś odpowiedział: - Parówki, w bułkach, bez dodatków. To po henrykowemu. Każdy inny sposób jest zły.
Ja: - A co, jeśli nie mam bułki?
Jan: - Nie ma bułki, nie ma parówki. Parówka bez bułki jest zła!
Ja: - Bez przypraw? Bez musztardy?
Maria zamarła porażona. Jan krzyknął: - Jak ci nie wstyd używać takich słów! Wszelakie dodatki są złe!
Ja: - A więc wielki stos kiszonej kapusty z kawałeczkami parówek jest nie do przyjęcia?
Maria zatkała sobie uszy palcami mrucząc: - Nie słyszę tego, la la la, la la, la, la, la.
Jan: - To obrzydliwe. Tylko jakiś potworny zboczeniec mógłby to jeść...
Ja: - To dobrze! Ja jem to bardzo często.
Maria omdlała. Jan zdążył ja pochwycić i wysyczał: - Jeślibym wiedział, że jesteś jednym z tych, nie marnowałbym swego czasu. Kiedy Henryk zbije cię na kwaśne jabłko, ja tam będę, licząc swe pieniądze i głośno się śmiejąc. Na razie jednak pocałuję Henryka w dupę za ciebie, ty bezbułkowy, parówkokrojący pożeraczu kapusty!
Mówiąc to, pociągnął Marię do ich samochodu i odjechał.
Robert Anton Wilson
Tłumaczenie: Eimi Kion
Link :: 28.09.2008 :: 20:46 Komentuj (1)
Książki wrześniowe w kolejności nieprzypadkowej, czyli krótkie podsumowanie ostatniego wakacyjnego miesiąca.
15. „Afgańczyk” F. Forsyth
14. „Swan” N. Campbell
13. „Czarne psy” I. McEwan
12. „Przygoda z owcą” H. Murakami
11. „Magia pogody” E. Hay
10. „Rozpacz” V. Nabokov – to oczywiście prawda, że „Lolita” jest sztandarowym dziełem Nabokova. Nawet, jeżeli nie każdy ją czytał (ja też przeczytałam ją stosunkowo późno), to można przynajmniej mieć nadzieję, że regularnie odwiedzający strony pornograficzne mają jakieś pojęcie o pochodzeniu nazwy kategorii „Lolitki”. „Rozpacz” to prawdopodobnie najlepszy monodram, jaki przeczytałam od bardzo długiego czasu.
09. „Ptaszyna” L. Holeman – „Ptaszyna” to książka o tyle urzekająca, co w gruncie rzeczy przeciętna, zawieszona pomiędzy makulaturą, a ambitną literaturą babską. To nie jest historia wielkiej miłości w stylu, bądź co bądź, szablonowych powieści Jane Austen; to opowieść o walce z pochodzeniem w czasach, w których nazwisko stanowiło jedną z najwyższych wartości w określonych sferach. Napisana z polotem i wdziękiem książka Holeman nie wykracza poza granice banalnej pisaniny, w której bohaterka o przeciętnych urodzie i intelekcie doświadcza ciężkiego dzieciństwa, gwałtu, próby morderstwa, przymusowej prostytucji, a w końcu nieudanego małżeństwa z homoseksualnym despotą, a pojawienie się księcia na rączym koniu jest zaledwie epizodyczne. Całość jest jednak bez wątpienia lekkostrawna i nawet do mnie przemówiła. Chociaż nie sądzę, żebym kiedykolwiek postanowiła odświeżyć te książkę – o ile lepiej napisane są w końcu nie mniej dramatyczne losy Emmy Bovary czy Damy Kameliowej.
08. „Toy Wars” A. Ziemiański – nowość wydawnicza, która nazbierała trochę pozytywnych opinii, zasłużyła również na rekomendację Empiku... i bardzo dobrze! Moje kompetencje w dziedzinie literatury polskiej, XXI-wiecznej, są mniej niż marne. Toteż nie mogę się do wielu rzeczy odwołać, porównać czy zestawić. „Toy Wars” czyta się szybko, lekko, przyjemnie, ale nie mam potrzeby kupienia sobie tej książki, wracania do niej, albo wstawiania najlepszych z niej haseł na opis komunikatora. Będąc na miejscu ósmym, jest dokładnie po środku mojego zestawienia.
07. „Opactwo Northanger” J. Austen – jestem fanką twórczości Jane Austen. To fakt. Szczerze uwielbiam realia w których osadziła bohaterów swoich powieści: wspaniałe suknie, przestronne rezydencje, haftowanie, wieczory przy kominku, pikniki, chodzenie do teatru, jako jedna z najpopularniejszych form spędzania wolnego czasu, i inne staromodne cudowności symbolizują styl życia, który mnie pociąga i fascynuje. W obliczu takiego podejścia do książek Austen musiałam polubić „Opactwo Northanger”. Koniec tematu.
06. „Koniec Świata i Hard-boiled Wonderland” H. Murakami – kiedy przeczytałam „Tańcz, tańcz, tańcz” wiedziałam, że Murakami znajdzie się w ścisłej czołówce moich ulubionych pisarzy. „Przygoda z owcą” okazała się mocno rozczarowująca, natomiast „Koniec Świata...” to absolutne mistrzostwo. Niesamowity pomysł i brawurowa realizacja, a to wszystko okraszone niepowtarzalnym stylem, kreującym klimat, w którym tak groteskowe zjawiska, jak paranormalne właściwości uszu i istnienie Człowieka-Owcy nie wyglądają śmiesznie i pociesznie. Osobiście, sztukę Murakamiego porównałabym do twórczości Davida Lyncha, ale nie bałabym się poszukiwań pewnych subtelnych analogii w pisarstwie Kafki i wizjach artystycznych Salvadore’a Dali. Murakami zachwyca.
05. „Upiorna Dłoń” J. Caroll – „Upiorna Dłoń” to zbiór krótkich opowiadań z pogranicza fantasy i horroru. Twórczość ciekawa, nieco eksperymentalna i będąca wspaniałą alternatywą. U Carolla znajduje się ten sam rodzaj absurdu, który charakteryzuje Murakamiego i może dlatego jestem fanką twórczości obydwóch panów. „Upiorna Dłoń” otwiera złotą piątkę najlepszych książek września.
04. „Kuzynki” A. Pilipiuk – fantastyka. Opowieść o poszukiwaniu kamienia filozoficznego, alchemii, pragnieniu nieśmiertelności i wampirach osadzona we współczesnym Krakowie. Fascynujący, świetny pomysł. Realizacja nie pozostawiająca nic do życzenia. Obietnica kontynuacji! „Kuzynki” przeczytałam w pierwszy weekend września. „Toy Wars” trochę późnej i książka Ziemiańskiego, przynajmniej dla mnie, nie wytrzymuje konkurencji i odpada w przedbiegach. Z tym całym Pilipiukiem to będę musiała się zapoznać bliżej.
03. „Ziemia pod jej stopami” S. Rushdie – biedny Salman jest w większości znany z tego, że napisał „Szatańskie Wersety” i trochę się tą książką naraził niektórym ludziom. Tymczasem w „Ziemi pod jej stopami” imperium kontratakuje:
„Papież dał właśnie występ w Mexico City i nawet on mówił o rock and rollu. Tak, moje dzieci, odpowiedź rzeczywiście zna wiatr, ale nie wiatr bezbożnej żałosnej pustki, lecz harmonijny powiew wypełniający żagle statku wiary, niosącego swych pasażerów ku niebiosom. Wina, której komplety słuchaczy nie moją się równać z papieskimi (chociaż potężną konkurencję, wie o tym, mogłoby stanowić VTO), szuka pociechy w kpinach z nadmiernie rozciągniętej metafory i w mściwym powtarzaniu plotki o papieżu. Ta jego zwięzła gniewność wobec księży-robotników, teologii wyzwolenia, cały ten zgiełk. A oto krąży sobie taka historyjka o jego kierowcy. Nie, nie o tym z papamobilu. Z czasów, kiedy papież był jeszcze zwykłym kardynałem Wojtyłą. Znasz? Bo ten szofer woził go całe lata, a kiedy przyszła pora wyboru nowego papieża, ruszyli obaj z Krakowa jakąś małą, kopcącą, poobijaną polską pyrkawką. Pierwszorzędne kino drogi, co?, przyszły papież oraz jego pracownik i kompan zasuwają ku chwale. No i dojechali do tego Watykanu, kierowca czeka i czeka, wreszcie leci ten dym, habemus Papam, a w końcu gość słyszy nowinę, że to właśnie jego dobry kumpel, z którym tyle zjeździli, jego szef. I zjawia się posłaniec. Wracaj do Krakowa, znajdź sobie jakąś inną robotę, mówi. Dostajesz kopa w dupę.”
Rushie nie zna świętości. Przynajmniej nie w swoim pisarstwie, a mnie to w żadnym wypadku nie oburza i nie przeszkadza. Pierwszą rzeczą o której pomyślałam czytającej ten fragment, była hipotetyczna sytuacja realizowania na maturze ustnej z języka polskiego prezentacji dotyczącej wizerunków papieża w literaturze światowej i posłużenia się tym właśnie cytatem. Cytatem wymagającym dużego dystansu. Bo powyższy fragment nie powinien być ani prowokacją do wymyślania idiotycznych dowcipów z głowy kościoła, ani tym bardziej powodem do oburzenia. Ostatecznie to zaledwie wycinek monumentalnej, epickiej powieści o miłości wpisanej w mit Orfeusza i Eurydyki. A najśmieszniejsze jest to, że istnieją ludzie, którzy szczerze uważają, że aby wywołać skandal wystarczy zagrać epizod w jakiejś drugorzędnej telenoweli, a później przyjść na losową galę bez majtek.
02. „Nie opuszczaj mnie” K. Ishiguro – „Nie opuszczaj mnie” to głos w sprawie klonowania. To mocne uderzenie. To wspaniała koncepcja. To styl, który zachwyca. To historia, która szokuje. To opowieść o dojrzewaniu, miłości, przyjaźni i desperacji. To w końcu książka, którą muszę kiedyś kupić i wracać do niej co pewien czas, ponieważ mówimy o, nie bójmy się tego słowa, arcydziele.
01. „Norwegian Wood” H. Murakami – „Norwegian Wood” to druga, jaką przeczytałam, zaraz po „Tańcz, tańcz, tańcz” powieść Murakamiego. „Norwegian Wood” to dzieło które umocniło pozycję Murakamiego na liście najbardziej szanowanych i lubianych przeze mnie pisarzy, takich jak Remarque, Kosiński, Singer czy Caroll. To nazwiska pisarzy bardzo klimatycznych, artystów pióra i mistrzów słowa. Piekielnie zdolnych ludzi, a „Norwegian Wood” jest niebanalnie opowiedzianą historią o samotności i emocjach, utrzymaną w niepowtarzalnej konwencji. Jedną z cech charakterystycznych pisarstwa MISTRZA Murakamiego, jest balansowanie na krawędzi groteski i absurdu, jednak nie w tym przypadku. Człowiek-Owca nie ingeruje w życie bohaterów, a zjawiskowo piękne (cokolwiek to w przypadku tej części ciała oznacza) uszy, przestają być fetyszem rzucającym się w oczy równie mocno, jak odcinane ręce w filmach George’a Lucasa. Horror i elementy ze świata fantazji opuściły na dobre rzeczywistość „Norwegian Wood”. Murakami nie przestaje mnie zadziwiać, zaskakiwać i wzbudzać podziw. Murakami to genialny twórca.
Link :: 30.09.2008 :: 14:01 Komentuj (3)
Po tym, co przydarzyło się w Hiszpanii, trzęsłam się przez kilka godzin, a po jednej z najgorszych nocy w moim życiu, stres i nerwy przyćmiły mi trochę urodę Katalonii. Nad tegorocznymi wyjazdami za granicę musi ciążyć jakieś fatum; nie znajduję innego usprawiedliwienia dla faktu, że Serva i Czarnego Pana goniłam do Austrii pociągiem, w Rosji spałam na dworcu, a w Hiszpanii zwieńczyłam serię niefortunnych zdarzeń: przeskakiwaniem z balkonu na balkon na czwartym piętrze, wplątaniem się w aferę zaginięcia, albo, jak sądzą niektórzy kradzieży pewnego plecaka, spędziłam również dwie godziny pod komisariatem, a w końcu wariat zza ściany groził, że mnie zabije i, sądząc po tym, że walił w ścianę (ścianę! cienką, gipsową ściankę!) jakimś ciężkim przedmiotem, samemu będąc wysokim, silnym dwudziestokilkuletnim mężczyzną, nie żartował. Szczerze wątpię, żebym po tym, co się wydarzyło, kiedykolwiek podpisała zgodę na dokwaterowanie do kogokolwiek. Miesiąc temu nawet nie przyszłoby mi do głowy, że jakakolwiek rodzina może nie ubezwłasnowolnić osoby chorej psychicznie, nie wspominając o wysłaniu jej na wycieczkę, gdzie będzie mogła sterroryzować pięćdziesiąt pięć osób, ale ucząc się na własnych błędach na przyszłość będę zakładać, że mogę zostać dokwaterowana do wariata. A na początku, zanim zobaczyłam, jak wygląda atak szału człowieka niepoczytalnego, kiedy jeszcze myślałam, że biedactwo jest tylko lekko upośledzone i zagubione, aktywował mi się instynkt macierzyński i nawet skakałam przez balkon, kiedy zatrzasnął w pokoju klucze. A balkony sąsiadujących pokojów były zaprojektowane na planach trójkątów i nie przylegały do siebie, więc był to mój najbardziej niebezpieczny wyczyn od czasów pierwszej gimnazjum, kiedy, aby zaimponować pewnemu chłopakowi... no, trochę wstyd, popełniłam wyjątkowo brawurowe głupstwo, spektakularnie spadłam z wysokości kilku metrów i przez następny miesiąc bolało mnie nawet podczas głębszego oddychania.
Zakończenie całej tej historii jest tak absurdalne, że najchętniej napisałabym o tym w stylu mocno kabaretowym. Otóż następnego dnia ten facet zniknął, zostawiając w hotelu wszystkie swoje bagaże. W Figures nie pojawił się na zbiórce i właśnie z tego powodu znaleźliśmy się na komisariacie. Poinformowano telefonicznie o całym zajściu zaskoczoną rodzinę, która ze zdumieniem odparła, że przecież chłopak tylko pojechał szukać w Hiszpanii pracy. Jak stwierdziła z pogodną rezygnacją moja, jak najbardziej normalna, współlokatorka: w tym kraju najlepiej być wariatem. Nasza skarga na warunki, w jakich przetrwałyśmy tamtą dramatyczną noc w innym pokoju, spotkała się z bezsilnością pilota i najgorszą możliwą reakcją grupowych matron, oburzonych naszym brakiem tolerancji dla biednego, chorego chłopczyka. Ja nie jestem wyzbyta instynktu opiekuńczego. Tak w ogóle to mam bardzo silnie rozwinięty instynkt opiekuńczy i gdybyśmy mówili o góra piętnastoletnim „biednym, chorym chłopczyku” byłabym faktycznie zdolna do zaciśnięcia zębów i odczuwania współczucia, a nawet wejścia do jego pokoju i podjęcia heroicznej próby odegrania Super Niani, ale mój instynkt samozachowawczy nie pozwoliłby mi na tulenie do matczynego serca rozszalałego mężczyzny, dużo wyższego i dużo cięższego ode mnie. Nawet znoszenia jego gróźb, że nas, cytuję, wszystkich, kurwa, pozabija, oraz, ciut bardziej skierowanych do jednej osoby mam tu gnata i cię zastrzelę połączonych z fizyczną agresją wycelowaną w oddzielącą nas cienką, gipsową ściankę, nie można nazwać komfortowymi, a przynajmniej bezpiecznymi warunkami. Miałam realne podstawy, żeby się bać i chociaż adrenalina w moim przypadku jest bardziej hormonem walki niż ucieczki i wywołuje stan raczej zbliżony do podekscytowania niż przerażenia, nieobliczalny świr jest potencjalnym zagrożeniem. A nawet gdyby komuś zrobił krzywdę, będąc niepoczytalnym, zostałby najwyżej wysłany na przymusowe leczenie.
Przez późniejsze odreagowywanie tamtej nocy trochę się zaziębiłam. Ponieważ mną telepało, biegałam późnym wieczorem na opustoszały basen, ściągając na balkony zafascynowaną moim samozaparciem, żeby codziennie, po ciemku wskakiwać do zimnej wody, publikę. Mieszałam alkohole i są nawet świadkowie, jak późną nocą, kiedy było już ciemno, ale wszystko jedno, wbiłam się w moje najbardziej minimalistyczne szorty (!!!), buty na obcasie i bluzeczkę z bulwersującym Ammadżi dekoltem i poszłam pofikać do klubu. Po pierwszych trzech kwadransach miałam dosyć i od głośnej muzyki tanecznej bolała mnie głowa, ale pokój, w którym dwie noce wcześniej najadłam się strachu źle mnie nastrajał, więc wytrzymałam do drugiej nad ranem ze sporym hakiem, kiedy miałam absolutną pewność, że zasnę w tej samej chwili, w której moja głowa dotknie poduszki. Następnego dnia byłam tak nieprzytomna, że wychodząc na balkon nie zauważyłam, że drzwi są zamknięte i zdrowo zderzyłam się z szybą. Ten cały basen, nerwy i fikanie w klubie przyniosły ze sobą tyle dobrego, że sądząc po zjeżdżających mi z tyłka spodniach, trochę ubyło mi kochanego ciałka.
Hiszpania to pod wieloma względami jednak wspaniały kraj. Piękne kurorty na Costa Brava: malownicze Tossa de Mar i pulsujące nocnym życiem Lloret de Mar. Tylko Sama Barcelona wzbudziła we mnie umiarkowany zachwyt. Jeżeli to miasto jest tak zatłoczone pod koniec września, nie chcę wiedzieć, jakie masy ludzi przewijają się przez nie w pełni sezonu. Osobiście bardziej odpowiadał mi klimat Girony i Figures z muzeum Salvadore’a Dali. Porównując jeszcze ze sobą dwa inne miejsca: Monaco jest bardzo ładne, ale w konfrontacji z Andorą, jednym z najpiękniejszych miejsc, jakie kiedykolwiek odwiedziłam, nie ma szans. Chociaż będąc w temacie Andory, przeraził mnie przepis obowiązujący jeszcze kilka lat temu: aby otrzymać obywatelstwo, w pierwszej kolejności należało być kobietą (taka odpowiedź na męski szowinizm), wyjść za mąż za obywatela księstwa, urodzić mu dzieci i dopiero gdy pierwsze z nich ukończyło dwadzieścia pięć lat, uzyskiwało się obywatelstwo Andory. Biorąc pod uwagę standard życia mieszkańców, ceny, atmosferę i fantastyczne położenie, osobiście nie dziwię się tym restrykcjom. Skoro więc obywatelstwo jest poza moim zasięgiem, to jedną z rzeczy, którą chciałabym jeszcze kiedyś zrobić jest odwiedzenie Andory zimą, oczywiście w celu zakosztowania białego szaleństwa w nowej, niezwykle atrakcyjnej scenerii, a nie przemycenia o ponad połowę tańszego, porównując z Hiszpanią, alkoholu.
Andora nie jest jedynym miejscem, do którego wyjątkowo mocno chciałabym się wybrać jeszcze raz. To samo dotyczy ogrodu Gaudiego, który potraktowano zbyt pobieżnie (a, dla porównania, więcej czasu otrzymaliśmy na bezsensowne gapienie się na stadion FC Barcelony, co wyraźnie nikogo specjalnie nie zainteresowało), Sagrady Familii i francuskiego Carcassonne.
W przyszłym roku pojechałabym może do Grecji, w Chorwacji też mnie jeszcze nie było, również cała Skandynawia wygląda bardzo zachęcająco. A może obleję sesję i będę zakuwać do poprawek z nostalgią wspominając Hiszpanię 2008.
lay
zrobiła Pasażerka tylko i wyłacznie dla papierowe-miasto wykorzystując foto stąd
(bierzcie i jedzcie z tego wszyscy)
|